,
Karol Biernacki: Zajmujemy się zaszczepianiem. Zaszczepiamy w Węgrach ciekawość i zainteresowanie kulturą polską

23 marca obchodzony jest jako Dzień Przyjaźni Polsko-Węgierskiej. Taką decyzję w 2007 roku podjęło najpierw węgierskie Zgromadzenie Narodowe, a później Sejm Rzeczypospolitej. Z tej okazji rozmawiamy z drem KAROLEM BIERNACKIM, przewodniczącym kuratorium Fundacji Wacława Felczaka w Budapeszcie.

Jak to się stało, że na czele Fundacji Wacława Felczaka, a więc instytucji państwa węgierskiego, znalazł się obywatel Polski?

To długa historia. Pochodzę z Jasła, a więc z miasta, którego historia wielokrotnie splatała się z dziejami Węgier. Mój dziadek ze strony mamy służył w armii austro-węgierskiej i opowiadał mi, jak na piechotę wrócił do domu w frontu włoskiego. Jeden z naszych sąsiadów, który też służył w tym samym wojsku, pokazał mi kiedyś „gadzinówkę” z 1941 roku. Był tam artykuł o śmierci Pála Telekiego, którego postać zafascynowała mnie. Polityk, który strzela sobie w łeb, bo nie chce złamać danego słowa honoru… Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że dwukrotnie jako premier Węgier przyszedł on Polsce z pomocą. Pierwszy raz w 1920 roku, gdy zorganizował transporty z bronią dla Polaków walczących z Armią Czerwoną – bez tego nie wygralibyśmy bitwy warszawskiej, bo nie byłoby czym strzelać do bolszewików. Drugi raz w 1939 roku, gdy odmówił Hitlerowi przyłączenia się do ataku na Polskę, a potem polecił zorganizować pomoc dla uchodźców polskich na Węgrzech.

W 1983 roku miałem zdawać maturę i zastanawiałem się: co dalej? Wtedy w bibliotece szkolnej przypadkowo (choć tak naprawdę nie ma przypadków) wpadł mi w ręce tomik poezji węgierskiej z wierszami takich autorów jak Sándor Petőfi, Endre Ady czy Attila József w tłumaczeniu m.in. polskich uchodźców z 1939 roku, np. Kazimiery Iłłakowiczówny. Po lekturze tej książki wiedziałem, że decyzja może być tylko jedna: hungarystyka – i to na Węgrzech. Pojechałem na egzaminy na Uniwersytet Warszawski. Było pięć miejsc na całą Polskę. Zdałem i wyjechałem do Budapesztu, by studiować filologię węgierską.

Znał Pan wtedy język węgierski?

Nie znałem. Przez pierwszy rok w Budapeszcie uczyliśmy się węgierskiego wraz z innymi studentami z Polski w Międzynarodowym Instytucie Przygotowawczym dla cudzoziemców jako przedstawiciele jednej z kilkudziesięciu obecnych tam nacji. Pod koniec nauki zdałem egzaminy wstępne na studia i razem z sześcioma innymi osobami z Polski zostałem skierowany do Segedynu. Nie znałem tego miasta i na początku byłem przerażony, że wylądowałem gdzieś na prowincji. Szybko jednak zaaklimatyzowałem się. Mieszkałem w akademiku razem z Węgrami, dzięki którym mogłem nauczyć się języka z jego różnymi subtelnościami. Na trzecim roku poznałem młodą dziewczynę Evę, która studiowała germanistykę. Postanowiliśmy się pobrać. Kiedy przyszedłem do jej rodziców prosić o rękę córki, zapytali mnie, dlaczego chcę zabrać ich jedyne dziecko do Polski. Wtedy odpowiedziałem, że jej nie zabiorę. I zostałem w Segedynie.

W 1989 roku skończyłem studia, obroniłem dyplom i zacząłem szukać pracy. Zgłosiłem się wówczas do Archiwum Wojewódzkiego, gdzie zostałem zatrudniony. W następnych latach skończyłem specjalistyczne studia archiwistyczne w Budapeszcie, a później obroniłem doktorat. Kiedy w 1995 roku Węgrzy wprowadzili możliwość posiadania podwójnego obywatelstwa, wystąpiłem o węgierskie, ponieważ nigdy nie zrzekłem się polskiego. W 2008 roku mój szef, który przyjmował mnie do pracy, przeszedł na emeryturę, a ja wystartowałem w konkursie na jego następcę. Wygrałem i w ten sposób zostałem dyrektorem Archiwum Wojewódzkiego. Piastuję to stanowisko do dziś.

Z czasem doszła do tego nowa funkcja – w 2012 roku w Segedynie otwarto Konsulat Rzeczypospolitej, ja zaś zostałem konsulem honorowym. Wiąże się z tym wiele zadań, począwszy od spraw polonijnych, poprzez gospodarcze i kulturalne, a zakończywszy na pomocy obywatelom Polski znajdującym się w potrzebie. Przez te wszystkie lata pracowałem też wielokrotnie jako tłumacz oficjalnych polskich delegacji, dzięki czemu miałem możliwość poznania wielu osobistości na Węgrzech.

Myślę, że ta wieloaspektowa działalność zwróciła na mnie uwagę osób, które odpowiadały za tworzenie Fundacji Wacława Felczaka. Kiedy zadzwonił do mnie wysoki urzędnik MSZ z pytaniem, czy zgodziłbym się stanąć na czele takiej instytucji, zrozumiałem, że są pewne propozycje, na które nie można odpowiedzieć „nie”. Mogę powiedzieć, że jestem szczęściarzem, dlatego że członkowie kuratorium i pracownicy biura Fundacji to ludzie kompetentni, kreatywni i prezentujący wysoką kulturę pracy. Razem tworzymy wspaniałą drużynę. To dla mnie zaszczyt pracować z takimi ludźmi.

Jaka jest misja waszej instytucji?

W dobie pandemii słowo „zaszczepić” może brzmieć dziwnie, ale zajmujemy się zaszczepianiem. Chcemy zaszczepiać w Węgrach, zwłaszcza w młodym pokoleniu, ciekawość i zainteresowanie polską kulturą, tradycją, historią, a także naszymi wzajemnymi stosunkami. Im dłużej się tym zajmuję, tym bardziej dostrzegam, że kultury polska i węgierska są jednymi z najbardziej atrakcyjnych i fascynujących na świecie. Chcemy wartość tego skarbu uświadomić szczególnie młodym ludziom. A swoją drogą to niezwykłe, że państwo węgierskie przeznacza publiczne pieniądze na promowanie polskości i pielęgnowanie naszych więzi. Widocznie widzi w tym wartość.

Jakimi projektami konkretnie się zajmujecie?

Fundacja powstała w marcu 2018, a więc istniejemy trzy lata, przy czym początkowy okres przeznaczony był na okrzepnięcie instytucji, wewnętrzną konsolidację i stworzenie programu, natomiast w ostatnim roku Covid-19 zepchnął nas brutalnie do rzeczywistości wirtualnej. Pandemia ograniczyła naszą działalność, która opiera się przede wszystkim na bezpośrednim kontakcie z żywymi ludźmi. Mimo to udało się zrealizować wiele projektów.

Uruchomiliśmy kilka programów, takich jak np. Pierścień Królowej Kingi – czyli wspieranie przyjazdów na wykłady polskich profesorów na węgierskie uczelnie, Dwa Bratanki – wspieranie działalności miast i szkół partnerskich w obu państwach, Ziemia Obiecana – fundowanie stypendiów dla węgierskich studentów w Polsce, Orlęta – wymiana młodzieżowa między naszymi krajami, Morskie Oko – wydawanie na Węgrzech książek o tematyce polskiej. Mamy na swoim koncie 43 tytuły. Staliśmy się przez to jednym z największych mecenasów tego typu wydawnictw na rynku węgierskim. Jeśli jesienią dojdzie do Międzynarodowych Targów Książki w Budapeszcie, to Fundacja Felczaka będzie miała na nich swoje stoisko.

Ponieważ najbardziej uniwersalnym językiem świata, który rozumieją zarówno Polacy, jak i Węgrzy, jest muzyka, planujemy także projekty w tej dziedzinie. W tym roku wydamy siedem płyt w dwóch kategoriach: junior i premium. Poza tym zaangażowaliśmy się w stworzenie kilku filmów dokumentalnych, m.in. o Jánosu Eszterházym – wspólnym bohaterze Węgier i Polski, o szlaku węgierskich win w Polsce czy o „pokoleniu autostopowiczów”, czyli młodych Węgrach, którzy w czasach komunistycznych przemierzali Polskę autostopem. Ten ostatni film będzie nosił tytuł „Wielka generacja”, a jego bohaterami będą osoby, które po 1956 roku otworzyły nowy rozdział w historii naszych wzajemnych stosunków, takie jak np. Ákos Engelmayer, Csaba Gyula Kiss, István Kovács czy zmarły niedawno śp. Attila Szalai.   

Czy Covid mocno pokrzyżował wam plany?

Oczywiście. Zamierzamy zrealizować np. projekt promowania nauki języka polskiego od przedszkola do katedry. W ramach tego programu szykowaliśmy się do otworzenia lektoratu języka polskiego w Wyższej Szkole im. Ferenca Gálla w Segedynie, która od roku jest uniwersytetem. Niestety, nie doszło do tego z powodu pandemii. Z tej samej przyczyny nie mogły się odbyć różne inne wydarzenia, np. młodzieżowe obozy sportowe. Niektóre plany musimy więc odłożyć na jakiś czas.

Koronawirus zmusił nas jednak do podjęcia nowych zadań. Stworzyliśmy np. tzw. pakiet covidowy, w ramach którego zamierzamy wspierać polsko-węgierskie startupy w dziedzinie gospodarczej, np. energii odnawialnej. Naszymi partnerami są Polsko-Węgierska Izba Gospodarcza i Węgierski Instytut Spraw Zagranicznych.

Czy zajmujecie się również problematyką regionalną, wykraczającą poza dwustronne relacje polsko-węgierskie?

Mamy takie ambicje. W polu naszych zainteresowań jest zarówno Grupa Wyszehradzka, o której na Węgrzech wiadomo stosunkowo dużo, jak i Trójmorze, o którym niestety wiedza jest niewielka. W 2017 roku jako konsul honorowy RP zorganizowałem w Segedynie konferencję międzynarodową poświęconą Trójmorzu. Byli na niej nie tylko Węgrzy i Polacy, ale także Rumuni, których reprezentowali ambasador i konsul generalny. Później już jako Fundacja Wacława Felczaka zorganizowaliśmy wraz z Instytutem Nézőpont w Budapeszcie konferencję na temat Trójmorza, którą otworzył przewodniczący Zgromadzenia Narodowego László Kövér. Okazało się, że nawet dla wielu Węgrów zainteresowanych tą tematyką perspektywa rozwoju infrastrukturalnego naszego regionu na osi północ – południe jest rzeczą nową, o której dowiedzieli się po raz pierwszy. To pokazuje, jak wiele mamy do zrobienia.  

Patrząc na te wszystkie lata spędzone na Węgrzech, która z Pańskich inicjatyw okazała się najbliższa Pana sercu?

Powiem może o dwóch. Po pierwsze, udało nam się upamiętnić cztery polskie załogi bombowców Halifax, które zostały strącone nad Węgrami w roku 1944. Polegli piloci należeli do 1586 Eskadry RAF do Zadań Specjalnych. Startowali z bazy lotniczej w Brindisi w południowych Włoszech, by dotrzeć nad Warszawę, gdzie trwało powstanie, i zrzucić tam broń, amunicję oraz leki dla walczących powstańców. W czterech miejscowościach: Szentes, Bácsbokod, Lajosmizse i Ruzsa odsłonięte zostały w obecności kompanii honorowej wojska węgierskiego i polskiego pomniki tych czterech poległych załóg. Widziałem, jak pamięć o naszych bohaterach budzi szacunek wśród miejscowych Węgrów. 

Druga sprawa dotyczy wspomnianego już przeze mnie Pála Telekiego, który w węgierskiej historiografii jest postacią kontrowersyjną, wywołującą do dziś wiele emocji, sporów i dyskusji. To nie przypadek, że na Węgrzech w przestrzeni publicznej istnieje tylko jeden pomnik Telekiego, który na dodatek został przeniesiony niedawno z Budapesztu do Balatonboglár. W naszej polskiej pamięci zapisał się on jednak z jak najlepszej strony, przychodząc nam, jak już wspomniałem, z bezcenną pomocą w dwóch krytycznych momentach naszej historii. Dlatego w październiku 2020 roku w Segedynie – jako wyraz polskiej wdzięczności – odsłonięty został pomnik Pála Telekiego. W innych okolicznościach takiemu wydarzeniu towarzyszyłaby medialna burza. Ponieważ jednak była to inicjatywa polska, nie doszło do żadnych publicznych kontrowersji. Zrozumiano nasze intencje. Na pomniku widnieje zresztą tylko napis: „Pál Teleki – przyjaciel Polski i Polaków”. 

Dziękuję za rozmowę.

Grzegorz Górny

Komentarze (0)

Powiązane artykuły