,
Maciej Szymanowski: Nie byłoby Trójmorza, gdyby nie sukces Grupy Wyszehradzkiej
Szymanowski

23 marca obchodzony jest jako Dzień Przyjaźni Polsko-Węgierskiej. Taką decyzję w 2007 roku podjęło najpierw węgierskie Zgromadzenie Narodowe, a później Sejm Rzeczypospolitej. Z tej okazji rozmawiamy z dr. hab. Maciejem Szymanowskim, dyrektorem Instytutu Współpracy Polsko-Węgierskiej im. Wacława Felczaka.

Grzegorz Górny: Jak doszło do powołania Instytutu Współpracy Polsko-Węgierskiej im. Wacława Felczaka?

Dr hab. Maciej Szymanowski: Należy traktować to jako pewne ogniwo w dłuższym łańcuchu wydarzeń. Nie byłoby zapewne tej instytucji, gdyby śp. Lech Kaczyński podczas jednej ze swych wizyt w Budapeszcie nie zaproponował ustanowienia Dnia Przyjaźni Polsko-Węgierskiej. Projekt został sfinalizowany w marcu 2007 roku, gdy parlamenty obu krajów przyjęły taką uchwałę. To uruchomiło szereg różnych inicjatyw, które miały na celu wzmocnienie współpracy, zarówno polsko-węgierskiej, jak i szerszej, regionalnej, środkowoeuropejskiej.

W grudniu 2016 roku podczas spotkania Jarosława Kaczyńskiego z Viktorem Orbánem powstała idea zinstytucjonalizowania tego rodzaju współpracy. Tak narodziła się na Węgrzech Fundacja, a w Polsce Instytut – dwie siostrzane instytucje, których patronem został profesor Wacław Felczak.

G.G: Jakie zadania przed sobą stawiacie?

M.S.: Od kiedy w sierpniu 2018 roku zostałem pierwszym dyrektorem Instytutu, staram się realizować to, co nakazuje ustawa sejmowa powołująca do życia naszą placówkę. Robimy to dwutorowo: za pomocą różnych grantów i stypendiów oraz dzięki wydarzeniom, które sami organizujemy. Z jednej strony angażujemy się w projekty „tu i teraz”, a z drugiej w programy ponadczasowe. Robimy to zwłaszcza z myślą o młodym pokoleniu. To nasza inwestycja w przyszłość. Próbujemy też pokrzyżować plany tym, którzy dążą do rozerwania więzi polsko-węgierskich.

G.G.: To znaczy?

M.S.: Znajdujemy się w punkcie niezwykle istotnym, może nawet zwrotnym w historii. Jest wiele sił, które nie chcą, aby narody i państwa Europy Środkowej decydowały same o sobie. Teraz rozstrzyga się to, czy uda nam się zrealizować nadrzędne cele, które zostały zdefiniowane w lutym 1991 roku, gdy powoływano do życia Grupę Wyszehradzką. „Nihil novi” – czyli zasada „nic o nas bez nas”. Po drugie, to niezgoda na politykę „divida et impera”, kiedy inni wywołują między nami podziały, by łatwiej nas było później rozgrywać.

W tym kontekście nasz Instytut chce: po pierwsze – szerzyć rzetelną wiedzę o partnerskim kraju, by nasze decyzje bazowały na faktach, a nie na plotkach i fake newsach; po drugie – realizować wartościowe projekty z pożytkiem dla obu stron; po trzecie – szerzyć znajomość języka węgierskiego w Polsce i polskiego na Węgrzech. To wielka inwestycja w kapitał społeczny.

G.G.: Jakie to są konkretnie programy?

M.S.: Jest ich wiele. Powiem o kilku. Dofinansowujemy np. naukę języka węgierskiego i polskiego w sumie w 13 szkołach średnich. Wspieramy pisanie nowych podręczników do nauki węgierskiego, ponieważ te, które są obecnie w użytku, pochodzą z lat sześćdziesiątych, zaś nowoczesnych, dostosowanych do dzisiejszych wymagań, nie ma. Finansujemy powstawanie podręczników do języka polskiego na Węgrzech. Wspieramy Karpacki Wyścig Kurierów pamięci Wacława Felczaka – jeden z najwyżej notowany wyścigów kolarski młodzieży do lat 23 w Europie. Organizujemy co roku letnią polsko-węgierską szkołę liderów, w której uczestniczy młodzież z obu krajów. Jest także Forum Polsko-Węgierskie, podczas którego poruszane są rozmaite zagadnienia gospodarcze, naukowe, kulturalne etc. Jesteśmy też obecni na Forum Ekonomicznym w Krynicy/Karpaczu, gdzie prezentujemy nasz punkt widzenia. Ostatnio wspólnie z Polskim Towarzystwem Geograficznym wydaliśmy Atlas Wyszehradzki – to pierwsza tego typu inicjatywa na świecie. Prowadzimy też portal kurier.plus, poświęcony tematyce polsko-węgierskiej w trzech językach: polskim, węgierskim i angielskim. Podobnych przykładów mógłbym podać więcej.

G.G.: Jak ocenia Pan współpracę polsko-węgierską w kontekście Grupy Wyszehradzkiej?

M.S.: Początkowo Grupa Wyszehradzka była pomyślana jako manifestacja przynależności do Europy i kultury zachodniej po niemal półwieczu panowania komunistycznego. Z czasem stała się forum współpracy, która – raz lepiej, raz gorzej – rozwija się od 30 lat. W tym czasie odnieśliśmy wiele sukcesów, np. sprzeciwiając się forsowanej w 2015 roku przez Berlin i Brukselę polityce imigracyjnej. Wtedy był o to wielki spór, ale dziś widać, że to my mieliśmy rację i reszta Europy przyjęła punkt widzenia Grupy Wyszehradzkiej. Coraz odważniej można porównać V4 do Rady Nordyckiej lub Beneluksu, do instrumentu forsowania interesów Europy Środkowej na forum Unii Europejskiej.

G.G.: A Trójmorze?

M.S.: Nie byłoby Trójmorza, gdyby nie sukces Grupy Wyszehradzkiej. V4 stanowi twarde jądro Trójmorza. Chciałbym przypomnieć pewien fakt, o którym dziś nieco zapominamy. Otóż w latach dziewięćdziesiątych XX wieku popularna była wśród zachodnich politologów teoria, że komunizm stanowił zamrażarkę nacjonalizmów. Tak więc kiedy komunizm upadnie, dojdzie do niekontrolowanego wybuchu owych nacjonalizmów i do ostrych konfliktów między narodami.

G.G.: Wojna w Jugosławii zdawała się potwierdzać tę teorię.

M.S.: Problem polegał na tym, że bałkańską perspektywę rzutowano na inne kraje postkomunistyczne. Późniejsze wydarzenia zadały temu kłam. Okazało się, że jesteśmy narodami dojrzałymi politycznie, które posiadają zdolność tworzenia efektywnych modeli współpracy. Takim modelem okazała się najpierw Grupa Wyszehradzka, a teraz Inicjatywa Trójmorza, stawiająca przed sobą ambitne cele w dziedzinach transportu, infrastruktury, energetyki czy cyfryzacji. 

G.G.: W Czechach i na Słowacji pojawiają się ostatnio głosy dystansujące się od Polski i Węgier oraz wzywające do tego, by zamrozić współpracę w ramach V4. 

M.S.: Takie głosy były, są i będą, ponieważ istnieją siły niechętne naszej regionalnej współpracy i podmiotowości. Nie wszyscy zachwyceni są tym, że Grupa Wyszehradzka istnieje i potrafi wspólnie działać. Taka jest natura walki politycznej w Europie. Znajdujemy się przecież w strategicznym miejscu. Kto kontroluje Europę Środkową, ten kontroluje Europę. Tymczasem nasze znaczenie stale rośnie, ponieważ w naszym regionie dokonał się w ostatnich latach duży skok gospodarczy i cywilizacyjny.

Nie sądzę, aby tego rodzaju podszepty mogły być skuteczne. A to z prostego powodu. Elity polityczne w Czechach i na Słowacji zdają sobie sprawę, że opuszczenie Grupy Wyszehradzkiej oznaczałoby osłabienie ich siły przebicia na forum unijnym. Czesi i Słowacy mają już zresztą za sobą podobne doświadczenie. Kiedy rozpadła się Czechosłowacja, okazało się, że z osobna ich siła przebicia na arenie międzynarodowej jest mniejsza niż gdy występowali wspólnie jako jedno państwo. Kraj 15-milionowy traktowany jest bowiem zupełnie inaczej niż 5-milionowy czy nawet 10-milionowy. Dlatego też dziś Czesi i Słowacy w polityce zagranicznej starają się trzymać siebie blisko.

G.G.: Obie instytucje, których patronem jest Wacław Felczak, są jednak w Grupie Wyszehradzkiej wyjątkowe. Nie ma podobnych instytucji między Polakami, Czechami i Słowakami.

M.S.: Bo też mamy wyjątkowy problem, a mianowicie problem językowy. W Europie Środkowej kultury zakorzenione są w języku. Bez znajomości języka trudno jest nie tylko poznać kulturę innego narodu, ale nawet zwyczajnie się porozumieć. W tych sprawach Polacy, Czesi i Słowacy są o tyle w dobrej sytuacji, że mówią językami słowiańskimi i są w stanie się zrozumieć. Jeśli chodzi o Węgrów, to bardzo liczna ich mniejszość mieszkała niegdyś w Czechosłowacji, a dziś na Słowacji. Mamy więc dziesiątki tysięcy osób, które mówią jednocześnie po węgiersku i słowacku, a nawet po czesku.

Inaczej jest natomiast z Polakami i Węgrami. My nie mamy nawet dostatecznej liczby tłumaczy, żeby przełożyć z węgierskiego na polski wszystkie książki, które chcielibyśmy wydać. Z jednej strony dynamicznie rozwija się instytucjonalizacja naszej współpracy, a z drugiej nie nadążają za tym nasze aktywa językowe. Musimy te braki nadrobić. Podam konkretny przykład: jak obliczono, po zbudowaniu Via Carpatia w ciągu dwóch lat handel między Polską a Węgrami wzrośnie aż dwukrotnie. Pojawi się więc potężny rynek pracy, który wymagał będzie znajomości języka. Dlatego inwestujemy w rozwijanie tych kompetencji językowych.

G.G.: Pandemia pewnie pokrzyżowała wam szyki.

M.S.: Jak każdemu. Gdy tylko się skończy, chcemy zorganizować konferencję na temat tego, jak w polskich mediach zniekształca się rzeczywistość węgierską, a jak w węgierskich rzeczywistość polską. W obu krajach nieco inaczej zniekształca się też wzajemną współpracę między naszymi krajami. Tam rozpowszechnia się mit, jakoby współpraca polsko-węgierska rozbijała jedność europejską, u nas z kolei przedstawia się Węgrów jako tych, którzy cynicznie wykorzystują Polaków do tego, by forsować własne interesy cudzymi rękoma.

G.G.: Może to zniekształcanie wynika z ignorancji?

M.S.: Nie. To świadoma polityka informacyjna, a właściwie dezinformacyjna. Rozbijanie jedności środkowoeuropejskiej leży niewątpliwie w interesie niektórych państw. Nie podoba się im się, że pewne decyzje zapadają w Pradze, Budapeszcie, Bratysławie i Warszawie, a nie w innych stolicach.          

Jestem jednak pełen nadziei. Utwierdzają mnie w tym choćby badania CBOS-u i think tanku Századvég. Okazuje się, że istnieje wysoka zbieżność poglądów, ocen i wartości między społeczeństwami polskim i węgierskim. 53 proc. młodych Węgrów życzy sobie dalszego zacieśniania więzów z Polską. Z innego sondażu CBOS-u wynika, że w Polsce, w grupie wiekowej od 18 do 24 lat, mamy wzrost aż o 12 proc. sympatii do Węgrów. Mam nadzieję, że nasz Instytut miał w tym wszystkim także swój skromny udział.

Dziękuję za rozmowę.

Fot. Marta Olejnik/Europa Karpat

Komentarze (0)

Powiązane artykuły