,
Szef węgierskiej dyplomacji: Unia Europejska musi się radykalnie zmiennić
Péter Szijjártó

– Jeśli poważnie mamy traktować Unię Europejską jako instytucję demokratyczną, to musi być w niej miejsce na różne opinie, wiele punktów widzenia – ocenił w rozmowie z „Do Rzeczy” Péter Szijjártó, minister spraw zagranicznych i handlu Węgier.

Szef węgierskiej dyplomacji został zapytany przez Jacka Przybylskiego z „Do Rzeczy” o groźbę huxitu (wyjścia Węgier z Unii Europejskiej). Odparł, że to „nigdy nie było w planie” rządu w Budapeszcie. – Huxit istniał jedynie w umysłach tych, którzy lubią tworzyć science-fiction – stwierdził Szijjártó. – Ci, który rozpowszechniają te fałszywe informacje, to osoby, które kłamliwie przedstawiają Węgry jako kraj antyeuropejski – dodał.

W opinii ministra, brak „miejsca na cywilizowaną debatę” stanowi jeden z czołowych problemów Unii Europejskiej. Przedstawianie wizji świata spoza mainstreamu skutkuje, jak przekonywał, zaszufladkowaniem jako „anty-Europejczyka”. – My zaś wierzymy, że jeśli poważnie mamy traktować Unię Europejską jako instytucję demokratyczną, to musi być w niej miejsce na różne opinie – ocenił minister. A zatem, tłumaczył, Budapeszt wierzy w swoje miejsce w Unii Europejskiej, ale „sama UE musi się radykalnie zmienić”. W jego opinii zmiana ta przełoży się na konkurencyjność, siłę i atrakcyjność Wspólnoty.

Péter Szijjártó mówił o „alarmujących twardych danych”, według których dwie ostatnie dekady przyniosły UE spadek udziału w światowym PKB: z 21 proc. do 18 proc. Porównał to z Chinami (z 4 proc. do 18 proc.). Przytoczył też kolejne dane: „udział Unii Europejskiej w globalnych wydatkach socjalnych wynosi 27 proc.”. W opinii szefa resortu spraw zagranicznych i handlu Węgier „konieczne są więc” zmiany we Wspólnocie, a będą one możliwe gdy „poszczególne kraje narodowe staną się bardziej konkurencyjne i silniejsze”. Do tego jednak potrzebna jest „demokratyczna debata”.

W rozmowie z „Do Rzeczy” polityk zaznaczył, że członkostwo w UE Węgier i Polski „przynosi duże korzyści Unii jako takiej”. Przypomniał, że kraje te otworzyły swoje rynki na firmy z Zachodu, a te z kolei „osiągnęły olbrzymie zyski, z których lwią część przetransferowały do swoich krajów”. – Sama Komisja Europejska szacuje, że około 70 proc. środków unijnych kierowanych do krajów Europy Środkowej wraca do krajów Europy Zachodniej poprzez przetargi finansowane przez Unię Europejską, a wygrywane przez zachodnie firmy – mówił przedstawiciel rządu w Budapeszcie. Korzyści zatem – jak ocenił – są obopólne, a „podkreślanie zysków jednej ze stron jest niesprawiedliwe”.

Szijjártó przypomniał też, że jest ministrem odpowiedzialnym także za kwestie dot. inwestycji i ma „regularne kontakty z międzynarodowymi firmami, które inwestują na Węgrzech”. – Na 99,9 proc. spotkań z inwestorami w ogóle nie ma mowy o polityce – zdradził. Wytłumaczył to tym, że „przedstawiciele tych firm nie są zainteresowani prowadzeniem debat politycznych”. – Światowi liderzy zachodnich korporacji otrzymują regularne raporty bezpośrednio od swoich prezesów na Węgrzech lub w Polsce. Ci zaś wiedzą doskonale, że oba kraje są dobrze funkcjonującymi demokracjami, że nie ma w nich wcale dyktatury, zapewniona jest wolność słowa, zgromadzeń, etc. Mają wiarygodne informacje, więc nie obchodzą ich fake newsy – powiedział. Dodał, że „liderzy wielkich firm” mają więc wiedzę, że „szum” Polski i Węgier „jest bezpodstawny”.

Źródło: „Do Rzeczy”

Fot. Péter Szijjártó/Facebook

Komentarze (0)

Powiązane artykuły