,
[ANALIZA] Tajwan patrzy na Afganistan i podbija stawkę
Tajwan

Przejęcie Afganistanu przez Talibów tworzy nowe nadzieje w niektórych miejscach Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej. Korea Południowa przymierza się do negocjowania z USA kontroli nad własnym wojskiem (tzw. OPCON), a Tajwan poszerza działania dyplomatyczne, by jeszcze bardziej podkreślać swoje niepodległościowe ambicje. 

Przyczyna tych działań jest oczywista. Jeżeli Amerykanie są w stanie opuścić terytorium, któremu gwarantowali stabilność, może powstać nadmierna prożnia i tym samym szansa na uzyskanie wpływów przez siły, które wcześniej nie były tak silne. 

Historyczne plany Tajwanu

Na Tajwanie amerykańskich żołnierzy już nie ma, choć pod koniec prezydentury Donalda Trumpa obie strony podpisywały liczne kontrakty zbrojeniowe. Amerykański sprzęt powinien być gwarancją obrony wyspy przed ewentualną inwazją ze strony większych Chin. Obecność Stanów Zjednoczonych tym samym miała być zawsze odczuwalna. Jednak jak każda obietnica wsparcia na papierze, ta amerykańska również mogłaby się okazać niespełnioną, gdyby Pekin chciał powiedzieć „sprawdzam”.

Trzy dni po dramatycznej relacji z lotniska w Kabulu, Tajwan poinformował o planach historycznych konsultacji z rządzącą w Japonii Partią Liberalno-Demokratyczną (LDP). Format, po który wcześniej ani razu nie sięgano, został określony jako „dwa plus dwa”. Ze strony japońskiej weźmie w nim udział dyrektor odpowiedzialny w LDP za politykę zagraniczną oraz kierownik sekcji bezpieczeństwa narodowego w partii. 

Dwa dni wcześniej 17 sierpnia premier Tajwanu Su Tseng-chang stwierdził, że wyspa nie załamie się tak jak Afganistan. Na pytanie mediów, czy władze wyspy uciekłyby w razie chińskiego zagrożenia za granicę, podobnie jak prezydent Ashraf Ghani przed Talibami, premier Su odpowiedział, że Tajwańczycy nie bali się więzienia i śmierci nawet za czasów dyktatury. -Dziś są potężne kraje, które chciałyby przejąć Tajwan siłą, ale my podobnie jak wtedy nie boimy się ani śmierci, ani uwięzienia – mówił szef rządu, dodając, że jego naród zamierza bronić ziemi i nie będzie deprecjonował swojej wartości, mówiąc o przeważającej sile przeciwnika. Zdaniem premiera Tajwanu Afganistan załamał się, bo w strukturach władzy był chaos, a na Tajwanie go nie ma, bo mieszkańcy wierzą w swój kraj. W stronę Chin, oczywiście nie wprost, Su rzucił ostrzeżenie, by „zanadto nie wierzyły w swoje możliwości”. 

Chińska perspektywa

Dla Chin kontynentalnych Tajwan pozostaje zbuntowaną prowincją, którą prędzej czy później należy przyłączyć do reszty kraju. Z historycznego punktu widzenia na Tajwan uciekli nacjonaliści dowodzeni przez Czang Kaj-szeka. Znaleźli tam schronienie po przegranej z komunistami wojnie domowej. Od 1949 Tajwan uważa się za jedynego prawitego przedstawiciela państwa chińskiego, co dla Pekinu jest niedopuszczalne. 

Kwestia Tajwanu pozostaje niezmiernie drażliwa w polityce międzynarodowej. Każde państwo, które zabiera stanowisko wobec wyspy, które stoi w sprzeczności z tym, czego chce Pekin, musi liczyć się z retorsją dużych Chin. Poprzedni prezydent Stanów Zjednoczonych pokazał, że chce nowego rozdania w amerykańskim podejściu do Tajwanu i sprzedawał tam w dużych ilościach sprzęt wojskowy. Jego następca Joe Biden buduje antychińską koalicję i coraz wyraźniej widać, że jednym z jej filarów stanie się kwestia wyraźnej suwerenności wyspy. 

Inny sojusznik

W tej układance pojawia się inny sojusznik, na którego Tajwan coraz bardziej teoretycznie może liczyć. To Japonia, która jeszcze kilkadziesiąt lat temu była okupantem, ale nie z gatunku tych okrutnych, ale lubianych i podnoszących jakość życia na wyspie. 

Wicepremier Kraju Kwitnącej Wiśni Taro Aso dwa miesiące przed zmianami w Afganistanie stwierdził, że w wypadku hipotetycznej inwazji na Tajwan, następnym w kolejności terenem do przejęcia przez Chiny może stać się japońska wyspa Okinawa. W ostatnich tygodniach japoński rząd coraz wyraźniej zabiera głos w sprawie przyszłości Tajwanu i ewentualnej możliwości przejęcia go przez Pekin. 

Z jednej strony wicepremier Aso słynie z licznych gaf, które od lat popełnia na rozmaitych polach, jednak tym razem jego słowa trudno uznać za niefortunne przejęzyczenie. Podczas wykładu na wyspie Okinawa przyznał, że następna może zostać zaatakowana właśnie Okinawa. Dodał, że należy w tej sytuacji „myśleć racjonalnie” i tym samym nie traktować chińskiej inwazji na Tajwan jedynie w kategoriach fikcji. 

Aso dodał także, iż Japonia musi bronić Tajwanu, jeżeli Chiny zdecydują się na inwazję, ponieważ będzie to kwestia „bezpośredniego zagrożenia bezpieczeństwa”. Spotkanie, na którym padły te słowa, było zorganizowane w celach zbiórki funduszy politycznych. Odbyło się w poniedziałek 5 lipca. 

Dzień później wicepremier, który od lat niezmiennie sprawuje również stanowisko ministra finansów, jest także w składzie rządowej Rady Bezpieczeństwa Krajowego, brzmiał nieco łagodniej. Po spotkaniu rady ministrów stwierdził bowiem, iż jakiekolwiek zagrożenie dotyczące Tajwanu powinno zostać rozwiązane poprzez dialog. – Śledzimy rozwój wydarzeń – wyjaśniał dziennikarzom 6 lipca. 

„Spadną głowy, krew poleje się strumieniami”

Pekin nie pozostawia wątpliwości odnośnie swojego podejścia. 1 lipca, podczas hucznych obchodów setek rocznicy założenia Chińskiej Partii Komunistycznej, przewodniczący kraju Xi Jinping podkreślał, że każda siła chcąca Chinom cokolwiek narzucić, napotka opór narodu liczącego 1,4 mld obywateli, którzy „staną twardo niczym stalowy mur”. Światowe media szeroko komentowały szczególnie ostatnie wyrażenie, którego Xi użył w podsumowaniu swojej wypowiedzi w tej kwestii. Po chińsku brzmi ono dosłownie „spadną głowy, krew poleje się strumieniami” w odniesieniu do owych wspomnianych wrogów.

Pisano, że to namacalny dowód agresywnego podejścia Chin, które od dawna planuje komunistyczna partia. Jednak w rzeczywistości dla przeciętnego Chińczyka, adresata tego przemówienia, stwierdzenie nie ma aż takiego ciężaru, jest natomiast odniesieniem do powszechnie znanej starej powieści „Podróż na zachód”. Pojawia się tam w jednym z jej fragmentów (konkretnie chodzi o rozdział 44).

Stanowczość słów japońskiego wicepremiera koresponduje jednak z tym, co powiedział Xi Jinping. Co więcej, od tygodni przedstawiciele japońskiego rządu – łącznie z premierem Yoshihide Sugą – co pewien czas pozwalają sobie na coraz bardziej dobitne wskazywanie w swoich wypowiedziach, że nie zamierzają podążać za chińską narracją i odmawiać Tajwanowi prawa do samostanowienia. 

Premier Suga podczas kwietniowej wizyty w Białym Domu, jako pierwszy zagraniczny przywódca podejmowany przez Joe Bidena po zaprzysiężeniu, określił Tajwan jako państwo. Taki status w rozumieniu prawa międzynarodowego wyspie nie przysługuje. 

W kwietniu szef japońskiego ministerstwa obrony narodowej, Nobuo Kishi (prywatnie brat byłego premiera Shinzo Abe) także komentował kwestię Tajwanu. Nawiązywał do jego bliskości wobec najdalej na zachód wysuniętego fragmentu Japonii. Jego zdaniem w tym miejscu widać, jak niewiele trzeba, by znaleźć się na Tajwanie, zatem pokój i stabilność wyspy jest bezpośrednio połączona z pokojem i stabilnością regionu oraz społeczności międzynarodowej.  

Debata Centrum Stosunków Międzynarodowych

Podczas debaty online, zorganizowanej 6 lipca przez polski think tank Centrum Stosunków Międzynarodowych, także pojawiła się kwestia Tajwanu i Japonii. Spotkanie było poświęcone bezpieczeństwu regionu Indo-Pacyfiku, forsowanej w zagranicznej polityce prezydenta Bidena koncepcji amerykańskiej współpracy z Indiami, Australią oraz Japonią w celu powstrzymywania terytorialnych zapędów Pekinu.

Na moje pytanie o realną możliwość wyjścia przez japońską marynarkę wojenną z tak zwanej strefy komfortu (w rozmowie dosłownie analityk z amerykańskiego Hudson Institute, Masashi Murano określił ten stan jako „szarą strefę”, ang. grey zone) wobec wtargnięć chińskich jednostek straży przybrzeżnej na japońskie wody i przejście do jakiejś formy aktywnego kontrataku, także gdy pomocy potrzebowałby Tajwan, Murano stwierdził, że Japonia musi przede wszystkim udostępnić swoje bazy amerykańskim żołnierzom i w ten sposób podejść do kwestii bezpieczeństwa regionu. 

Konsekwencje sojuszu z Waszyngtonem

Atak na USA jest zdaniem Murano atakiem na Japonię, a to zgodnie z wytycznymi przyjętymi przez japoński rząd w 2015 roku, umożliwia użycie Sił Samoobrony (Japonia nie ma armii, bo tego także zabrania pacyfistyczna konstytucja narzucona przez USA po przegranej II wojnie światowej) w obronie sojusznika. A takim właśnie dla Tokio są Stany Zjednoczone. 

Do tej kwestii w identyczny sposób odniósł się wicepremier Taro Aso, twierdząc, że „Japonia musi bronić Tajwanu ze względu na sojusz z USA” i że w przypadku poważnego problemu związanego z bezpieczeństwem wyspy, przyszłość Japonii będzie zagrożona. 

Warto śledzić rozwój wydarzeń wokół Tajwanu, ponieważ tam, niczym pod mikroskopem, na nowo narasta klimat, który można by nazwać okołowojennym. Konflikt bez działań zbrojnych, pojedynek na obelgi przerzucane między Pekinem a każdą stolicą, która opowiada się po antychińskiej i tym samym protajwańskiej stronie. Z tego pozornego chaosu może powstać coś, co zmieni układ sił nie tylko w Azji, ale i na świecie. Choć równie dobrze może być to tylko i wyłącznie wiele hałasu o nic.

Debatę można obejrzeć pod tym adresem.

Autor jest dyrektorem Działu Chin i Azji Wschodniej Europejskiego Centrum Projektów Pozarządowych, byłym korespondentem Polskiej Agencji Prasowej z Pekinu.

Komentarze (0)

Powiązane artykuły