,
Prof. Żurawski vel Grajewski: co w istocie mówi nam tekst Frieda, Mosbacher i Brzezinskiego?
Przemysław Żurawski vel Grajewski

W swojej polemice zatytułowanej „Trójmorze a USA w optyce zaplecza eksperckiego odpowiedzialnego za politykę zagraniczną” wiceprezes Stowarzyszenia Trójmorze prof. Przemysław Żurawski vel Grajewski analizuje artykuł „Czym jest Inicjatywa Trójmorza? Od wizji do działania”, który pojawił się w poniedziałek na naszym portalu.

5 lipca ukazał się na Portalu Trójmorze artykuł autorstwa dwojga byłych ambasadorów USA w Polsce: Dana Frieda – reprezentującego w Warszawie w latach 1997-2000 administrację demokratyczną prezydenta Billa Clintona i Georgette Mosbacher – sprawującej tę funkcję w okresie 2018-2021 z ramienia administracji republikańskiej Donalda Trumpa. Trzecim autorem tekstu jest Ian Brzeziński, amerykański ekspert ds. polityki zagranicznej.

Podpis ambasador Mosbacher pod tekstem silnie krytycznym wobec prezydentury Trumpa z jednej strony może dziwić, z drugiej zaś jest jednak dowodem na ponadpartyjne zainteresowanie amerykańskiej elity politycznej projektem Trójmorza, abstrahując od niżej przedstawionej analizy charakteru tego zainteresowania, ujawnionego w omawianym artykule i od realnego miejsca pani Mosbacher w strukturach decyzyjnych Partii Republikańskiej,

Wyżej wymienieni przedstawili w rzeczonym artykule silnie dostosowane do ich potrzeb politycznych wersję historii i propozycję dalszego rozwoju Inicjatywy Trójmorza (IT). Nie jest to więc tekst rzetelnie informujący o dziejach tego projektu, ale raczej pewna wizja programowa stosunku nowej administracji USA do trójmorskiego forum środkowoeuropejskiej współpracy infrastrukturalnej.

W jakiej sytuacji globalnej zmiany strategii amerykańskiej ukazał się omawiany tekst? Co zatem możemy w nim wyczytać, nie traktując go jako opis rzeczywistości, ale jako propozycję jej ukształtowania w przyszłości? Jakie wnioski należy zeń wyciągnąć, mając w pamięci także fakty w artykule nie poruszone, ale kształtujące kontekst propozycji przedkładanej nam w formie omawianego tekstu? Jaka wizja polityki USA wobec Trójmorza i wobec całej Europy z niego się wyłania i co z tego wynika dla Polski?

Globalna zmiana polityki USA

Stany Zjednoczone są demokracją prawdziwą, a nie pozorną. Demokracja ta od 20 lat, od 11 września 2001 r., nieustannie toczy wojny ekspedycyjne, w ramach których przez misje zagraniczne przewinęły się już w sumie raczej miliony niż setki tysięcy amerykańskich żołnierzy. Dla każdej demokracji to ogromne przeciążenie polityczne – wysyłać obywateli do walki i wygrywać wybory. Każdy polityk, ubiegający się o fotel prezydenta USA, musi więc obiecywać wyborcom zmniejszenie ciężarów, które spoczywają na ich barkach z tytułu pełnienia przez USA roli światowego stabilizatora bezpieczeństwa. By to uczynić, a nie zdestabilizować świata, nie można po prostu obciąć wydatków i zredukować armii. Trzeba przerzucić przynajmniej część tych ciężarów na barki innych. To właśnie w tej konstatacji miała swe źródło presja Donalda Trumpa na zwiększenie udziału sojuszników USA w kosztach wspólnego bezpieczeństwa. Amerykanie obiecywali wesprzeć sprzymierzeńców w potrzebie, ale nie godzili się płacić za ich obronę, gdy ci, którzy o nią proszą, redukowali swe budżety wojskowe i armie, a niektórzy jak Niemcy, przez swe działania biznesowe na kierunku rosyjskim, finansowali zbrojenia wrogich mocarstw, o obronę przed którymi prosili potem Amerykanów sojusznicy ze wschodniej flanki NATO. (Nord Stream 2 jest symbolem takiej właśnie polityki Berlina, ale przypomnijmy także niemiecką koncepcję „partnerstwa dla modernizacji” UE-Rosja, której szczytowym wykwitem była budowa przez niemiecki Rheinmetall Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych Federacji Rosyjskiej w Mulino pod Nowogrodem Niżnym, realizowana w latach 2011-2014).

Wyżej opisana amerykańska potrzeba zredukowania kosztów stabilizowania świata doprowadziła do próby zbudowania systemu wiodących sojuszników regionalnych, którzy przejęliby od Stanów Zjednoczonych część ciężarów wspólnej obrony. Na Dalekim Wschodzie rolę wiodącego sojusznika regionalnego Waszyngtonu przyjęła Japonia, którą USA skłoniły do zmiany konstytucji, porzucenia sił samoobrony i zbudowania prawdziwej armii. Stosowną część ciężarów przyjąć musiały Korea Południowa. Tajwan i Filipiny.

Na Bliskim Wschodzie prezydent Trump podjął próbę budowy sojuszu izraelsko-sunnickiego, w czym pomagała mu Polska, organizując konferencję warszawską (13-14 II 2019). Iran grozi wszak zagładą Izraelowi, a szyicką rewolucją sunnickim monarchiom Zatoki Perskiej. Państwa te, spojone pod egidą USA, miały więc przejąć odpowiedzialność za stabilizację w regionie od wycofujących się Amerykanów, którzy stając się w 2016 r. eksporterami ropy naftowej i gazu, stracili znaczną część powodów ponoszenia tak dużych jak dotąd kosztów stabilizowania ich bliskowschodnich źródeł. Bliski Wschód jest jednak regionem niestabilnym. Monarchie sunnickie (nawet te absolutne) muszą uwzględniać nastroje swych społeczeństw, Izrael zaś boryka się z rosnącym wpływem wyborców przybyłych po 1991 r. z dawnego Związku Sowieckiego. Moskwa ma przy tym dodatkową silną dźwignię nacisku na to państwo w postaci własnej obecności wojskowej u jego granic tzn. w Syrii. System bliskowschodni jest więc in statu nascendi, a jego okrzepnięcie wcale nie jest pewne.

W Europie próba zbudowania podobnego systemu sojuszników wiodących doprowadziła jeszcze za prezydentury Baracka Obamy do przyjęcia na szczycie NATO w Walii zobowiązania do wydawania przez europejskich sprzymierzeńców USA minimum 2% PKB na zbrojenia. Spotkało się to z długotrwałą opozycją ze strony Niemiec i skutkowało faktyczną odmową Berlina wejścia w rolę przewidzianą dlań przez Waszyngton. W tej sytuacji Stany Zjednoczone postawiły na jedynych chętnych, czyli na wschodnią flankę NATO z Polską, Rumunią i państwami bałtyckimi w roli głównej, mimo oczywistej drastycznej różnicy potencjałów między nimi a Niemcami. Tendencja ta (zarysowana już na szczycie NATO w Warszawie w 2016 r., a zatem także jeszcze za prezydentury Obamy, ale już po zmianie rządu w Polsce na konserwatywny, wyraziście orientujący się na USA), została w pełni rozwinięta za prezydentury Donalda Trumpa. Obecnie pod rządami prezydenta Joe Bidena następuje odwrót USA od tej koncepcji i powrót do tradycyjnej dla Demokratów stawki na Niemcy, połączonej z próbami znalezienia modus vivendi w relacjach z Rosją.

Kontekst polityczny artykułu

Wyżej opisana sytuacja stanowi ogólny kontekst polityczny omawianego artykułu. Ma on jednak także swój kontekst szczegółowy, bezpośrednio wpływający na zawarte w nim tezy. Kontekst ten stanowią cztery zasadnicze okoliczności: głęboki podział amerykańskiej sceny politycznej na zwolenników i przeciwników Donalda Trumpa, ponadpartyjna zgoda Kongresu USA co do potrzeby poparcia Trójmorza, oraz wyżej wspomniany zwrot w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych, dokonywany pod kierownictwem prezydenta Joe Bidena od Europy Środkowej ku Niemcom jako wymarzonemu regionalnemu sojusznikowi wiodącemu USA, zdolnemu (dzięki swemu potencjałowi) do przejęcia od Waszyngtonu lwiej części ciężarów stabilizowania europejskiej części świata atlantyckiego i przewodzenia jej w „sojuszu demokracji amerykańskiej i europejskiej przeciw rządom autorytarnym” tzn. w zapewnieniu USA poparcia UE w konfrontacji z wyzwaniem chińskim. Czwartą okolicznością kształtującą treść artykułu jest niechęć jego autorów do konserwatywnego rządu polskiego, nieuznającego niemieckiego przywództwa w UE i kwestionującego zasadność płacenia tak przez Europę Środkową, jak i przez USA ceny jego uznania, którą to ceną jest zgoda na niemiecko-rosyjskie projekty infrastrukturalne (Nord Stream 2) i faktyczne uznanie wschodniego sąsiedztwa UE za rosyjską strefę wpływów.

Czynnikowi pierwszemuniechęci do prezydenta Trumpa należy przypisać marginalizowanie znaczenia poparcia jakiego udzielił on w trakcie warszawskiego Szczytu Inicjatywy Trójmorza w 2017 r. owemu pomysłowi, które to poparcie zdynamizowało zainteresowanie projektem ze strony państw wschodniej flanki NATO, czujących zagrożenie rosyjskie, a zatem silnie orientujących się na Stany Zjednoczone. To pod wrażeniem wystąpienia Trumpa jako przywódcy USA na szczycie IT w Warszawie państwa bałtyckie i Rumunia głęboko zaangażowały się w Inicjatywę, a Niemcy przestały ją traktować jako „efemerydę wynikająca z polskiej megalomanii”, groźną dla niemieckiej wizji modelu uczestniczenia państw środkowoeuropejskich w procesie integracji europejskiej. W ramach tej wizji państwa owego regionu powinny ochoczo podążać za wskazaniami Berlina i włączać się we wszelkiej jego inicjatywy, ale nie powinny zgłaszać własnych projektów, tym bardziej takich, w których nie ma Niemiec. Poparcie Trumpa najwyraźniej przekonało jednak rząd RFN, że projekt sam z siebie nie upadnie, a zatem, że należy się doń przyłączyć, by go przejąć, a nie otwarcie zwalczać. Następny szczyt (w Bukareszcie w 2018 r.) był więc już odbyty w zmienionych warunkach z udziałem Niemiec, które uzyskały status obserwatora i z udziałem Komisji Europejskiej, reprezentowanej przez jej przewodniczącego Jean-Claude’a Junckera, Potwierdzało to zmianę oficjalnie dotąd lekceważącego stanowiska Berlina i Brukseli i uznanie przez nie powagi Inicjatywy Trójmorza. Utrudniało też odtąd jej przeciwnikom ukazywanie jej jako pomysłu „antyeuropejskiego, konkurencyjnego wobec UE”.

Niechęć do Trumpa spowodowała przedstawienie przez autorów omawianego artykułu błędnej historycznie tezy o stałym – od 1945 r. – poparciu USA dla jedności europejskiej, od której rzekomo jedynym wyjątkiem miałby być „ponury” okres prezydentury Donalda Trumpa. Przeczą temu fakty z 2003 r., gdy Niemcy i Francja, uzurpując sobie prawo występowania w imieniu całej UE, a wraz z Belgią i Luksemburgiem stanowiąc w niej grupę mniejszościową, sprzeciwiły się amerykańskiej decyzji o uderzeniu na Irak, udając, że jest to spór unijno-amerykański. Decyzje Waszyngtonu poparła wówczas większość państw UE z Wielką Brytanią, Włochami, Hiszpanią i Holandią na czele oraz wszystkie państwa Europy Środkowej, kandydujące wtedy do UE i świeżo przyjęte (Polska, Węgry, Czechy) lub starające się o przyjęcie (cała reszta) do NATO. To przy tej okazji sekretarz obrony USA Donald Rumsfeld dokonał słynnego podziału na „nową i starą Europę”, a prezydent Francji Jacques Chirac oświadczył, że „Polska (popierając USA – P.Ż.G.) zmarnowała doskonała okazję do siedzenia cicho”, co brzmiało groteskowo w kontekście niemiecko-francuskich utyskiwań na „unilateralizm USA”, ignorujących zdanie europejskich sojuszników.

Czynnik drugi, ucieleśniony w rezolucji Izby Reprezentantów Kongresu USA z 18 listopada 2020 r., wspierającej Inicjatywę Trójmorza, a przyjętej przy jednomyślnym poparciu tak Republikanów, jak i Demokratów został szeroko uwzględniony prze autorów omawianego artykułu. Kongresmeni wskazali bowiem w owym dokumencie na konkurencyjny charakter IT w stosunku do chińskiej inicjatywy współpracy z Europą Środkową – 17+1 i na konieczność poszerzenia współpracy w ramach Trójmorza na Ukrainę, Mołdawię i państwa Bałkanów Zachodnich. Tezy te powtórzone są w teście Frieda, Mosbacher i Brzezińskiego. Polityka polska powinna uwzględniać ten aspekt amerykańskiego spojrzenia na Trójmorze i wykorzystać go, wskazując na niespójność obecnej polityki amerykańskiej – oparcie jej na myśleniu życzeniowym i oderwanie od realiów w kontekście czynnika trzeciego – tzn. wyobrażonej sobie przez Amerykanów roli Niemiec. Konkurencyjność IT wobec projektów chińskich jest oczywista, podobnie jednak jak parcie Berlina do porozumienia UE-Chiny w grudniu 2020 r. w ostatnich tygodniach niemieckiej prezydencji w UE, przeciw któremu to projektowi jako jedyna protestowała Polska, w zamian za co została „nagrodzona” faktycznym zniesieniem poważniejszych sankcji amerykańskich na Nord Stream 2, co było jednocześnie „karą” dla Niemców i skutkowało wizytą szefa polskiej dyplomacji w Chinach.

Czynnik trzeci – zwrot polityki USA ku Niemcom najsilniej uwidocznił się w zawartych w omawianym artykule propozycjach, dotyczących dalszego rozwoju Trójmorza i w komentarzach na temat Nord Stream 2, co zostanie omówione osobno w odrębnym akapicie.

Czynnikowi czwartemuniechęci do obecnych władz polskich należy przypisać dość groteskowo-zabawną żonglerkę faktami, której dokonali autorzy, by uniknąć wymienienia prezydenta Andrzeja Dudy jako głównego promotora pomysłu Trójmorza, a rządu RP, wyłonionego przez Zjednoczoną Prawicę, jako jego istotnego realizatora. W niechęci tej ma także swe źródło ekwilibrystyka słowna co do sporów wokół idei Trójmorza i opis genezy całej koncepcji. Autorzy enigmatycznie piszą o „niektórych nieoficjalnych spekulacjach w Polsce” nawiązujących do międzywojennej idei Międzymorza i o „części Europy”, która „zinterpretowała” ideę Trójmorza jako konkurencyjną wobec UE. Na dodatek umiejscawiają owej idei „genezę za poprzedniego liberalnego polskiego rządu”. PO i PSL (niewymienione przez autorów jako źródła wspomnianych „nieoficjalnych spekulacji”), które wiele energii poświęciły mieszaniu nazw Międzymorza i Trójmorza, by to drugie ubrane w kostium tego pierwszego zwalczać jako anachroniczną megalomanię, rozbijającą jedność UE, muszą być głęboko zdziwione informacją, że to one zapoczątkowały całą koncepcję. Te fantazje na temat początków Trójmorza i przemilczenia co do historii ewolucji tej koncepcji mogą być jednak w gruncie rzeczy pożyteczne. Nie jest bowiem sprzeczne z interesem RP, by Demokraci w USA uznawali projekt Trójmorza za własny. Dla jasności – nie przeczę faktowi rozmowy Iana Brzezińskiego z Pawłem Olechnowiczem ani jej treści, ma ona jednak taki związek z powołaniem Trójmorza, jak koncepcje księcia Adama Jerzego Czartoryskiego z zapoczątkowaniem procesu integracji europejskiej – nie ma śladu, by realni decydenci czerpali w Polsce natchnienie z przemyśleń Brzezińskiego i Olechnowicza lub w Brukseli z pomysłów Czartoryskiego, inicjując jeden czy drugi proces. Z całym uznaniem dla niezaprzeczalnej i niemożliwej do przecenienia roli Chorwacji u zarania Inicjatywy Trójmorza, bez Polski nie doszłaby ona do skutku.

Groźne pomysły – skutki priorytetu niemieckiego w nowej polityce USA

Artykuł poza wyżej wskazanymi „nieścisłościami” historycznymi, które generalnie możemy potraktować jako mało istotne, zawiera jednak kilka groźnych tez programowych i to na nich powinniśmy skoncentrować naszą uwagę. Dotyczą one bowiem nie takiego czy innego opisu przeszłości, ale są propozycjami co do ukształtowania przyszłości, dodajmy od razu – propozycjami w znacznej mierze dla Polski niekorzystnymi. Rekomendacje te wynikają z przyjęcia przez nową administrację Bidena błędnego założenia o możliwości oparcia polityki USA w Europie na kierunku rosyjskim i chińskim na współpracy z Niemcami, po których Waszyngton, ignorując dotychczasowe doświadczenia, spodziewa się lojalności. Politykę Berlina wobec USA określa zaś wyżej wspomniane parcie prezydencji niemieckiej w UE do porozumienia z Pekinem i pośpieszne wysłanie (4-6 II 2021) szefa dyplomacji unijnej Josepa Borrella do Moskwy (co przecież bez zgody RFN by nie nastąpiło) w możliwie najgorszym momencie (kontekst sprawy Nawalnego), ale za to w okresie kryzysu tranzytu władzy w Waszyngtonie, który pozwalał liczyć na brak reakcji amerykańskiej. Demokraci najwyraźniej ignorują te sygnały, upierając się przy własnej wizji wymarzonej przez siebie roli Niemiec jako państwa, które przejmie od nich ciężar odpowiedzialności za Europę i dogada się z Rosją, zapewniając jednocześnie solidarność UE z Waszyngtonem na kierunku chińskim i brak kłopotów ze strony Kremla, umożliwiający skoncentrowania się USA na Dalekim Wschodzie. Mająca swe źródło w wyżej opisanej kalkulacji amerykańska stawka na Niemcy, skutkowała serią groźnych rekomendacji w odniesieniu do Trójmorza.

Autorzy zalecają oparcie dalszego rozwoju Trójmorza na współpracy z Niemcami, abstrahując od faktu, że rozwój infrastruktury tranzytu gazu ziemnego w obszarze Trójmorza w oparciu o terminale portowe do importu LNG z USA i poprzez zbudowanie gazociągu Baltic Pipe do sprowadzania gazu ze złóż norweskich to projekt konkurencyjny wobec niemiecko-rosyjskiego projektu Nord Stream 2. Albo liczący ponad 170 mln konsumentów rynek gazowy Trójmorza plus (tzn. liczonego wraz z wymienionymi w rezolucji Kongresu USA Ukrainą, Mołdawią i Bałkanami Zachodnimi) zostanie otwarty na import amerykańskiego LNG i gazu norweskiego, albo będzie nasycony gazem rosyjskim, dystrybuowanym z sieci niemieckiej. W tych warunkach oczekiwanie, że Niemcy zainwestują w system Trójmorza jest co najmniej naiwnością lub ignorancją co do realiów.

Fried, Mosbacher i Brzeziński werbalnie potępiają Nord Stream 2, ale ukazując go jako powód do zrekompensowania przez Niemcy poczynionego przez ów projekt uszczerbku bezpieczeństwa Europy Środkowej, de facto nawołują do zaakceptowania tego gazociągu, na dodatek używając go jako „klucza” otwierającego Trójmorze na dominację niemiecką, która wszak byłaby skutkiem zaangażowania się weń Niemiec pod hasłem rekompensaty. Łączą to z rekomendacją przyjęcia celów promowanej przez Niemcy polityki klimatycznej jako jednej z płaszczyzn współpracy w ramach IT, co de facto oznacza ukierunkowanie go na odbiór technologii energetycznych także głównie z Niemiec, a zatem transfer do tego kraju funduszy uzbieranych przez państwa Trójmorza na swój rozwój infrastrukturalny.

Osobliwą rekomendacją autorów jest powołanie stałego Sekretariatu Trójmorza, ale uwaga! – z siedzibą poza państwami członkowskimi, najlepiej w Berlinie, Brukseli, Londynie lub Amsterdamie. Wielka Brytania jest już poza UE, więc Londyn został tu wymieniony chyba ze względów kurtuazyjnych, pozostałe miejsca oznaczają zaś de facto dominację interesów niemieckich. Utworzenie siedziby administracji jakiejś struktury poza jej terytorium byłoby zresztą bezprecedensowym posunięciem w historii ludzkości.

Rekomendacje warte przemyślenia

Rekomendowane włączenie do współpracy w ramach Trójmorza Ukrainy, Mołdawii i Bałkanów Zachodnich, jest warte rozważenia, ale pod pewnymi warunkami. Dotąd Trójmorze grupuje wyłącznie państwa członkowskie UE. Wszystkie one objęte są regułami jednolitego rynku europejskiego, co znakomicie upraszcza prawny wymiar przepływu dóbr, usług, ludzi i pieniędzy, do których swobodnej cyrkulacji brakuje właśnie infrastruktury. Jej zbudowanie jest zaś głównym celem trójmorskiej współpracy. Wyjście poza UE skomplikowałoby cały proces, a politycznie zapewne podminowałoby Inicjatywę Trójmorza poprzez niechęć części państw członkowskich do poszerzania grupy o nowe kraje. Partnerstwo strategiczne (mniejsza o nazwę) dla Ukrainy, Mołdawii, Gruzji (trzech państw ostatnio utworzonego Trio Stowarzyszonych państw Partnerstwa Wschodniego najbardziej zaawansowanych w procesie zbliżania się do UE) oraz taki sam status dla państw Bałkanów Zachodnich, kandydujących do Unii, są jak najbardziej do przyjęcia. Ukraina już jest pełnoprawnym uczestnikiem licznych projektów realizowanych w ramach Trójmorza (np. Via Carpatia, antypowodziowy system monitoringu sytuacji hydrograficznej, kilka projektów połączeń kolejowych, połączenia systemów gazowych itp.). Nie ma powodu, by nie poszerzać tej współpracy bez formalnego przyjmowania jej do Trójmorza np. o wymiar medyczny – tak antycovidowy, jak i w zakresie bezpieczeństwa (bank krwi – bardzo zasadny z uwagi na podobną strukturę procentową występowania danych grup krwi w społeczeństwach w regionie – przede wszystkim w Polsce i na Ukrainie, przydatny w razie wojny i wielkich katastrof). Podobnie jest z pozostałymi państwami partnerskimi, wymienianymi w artykule. Współpraca z Turcją (już uczestniczącą, podobnie jak Ukraina, w projekcie Via Carpatia) nie została poruszona w omawianym tekście. Byłaby ona jednak także pożądana i mogłaby też objąć wymiar współpracy przemysłów zbrojeniowych.

Interesujący, choć słabo zaakcentowany jest wątek nordycki. Państwa skandynawskie nie należą do Inicjatywy Trójmorza, są jednak naturalnym przedłużeniem jego szlaków komunikacyjnych na osi północ-południe z już funkcjonującymi połączeniami promowymi do Helsinek, Sztokholmu i Oslo oraz finalizowaną współpracą polsko-duńsko-norweską w zakresie importu gazu. Bardzo pożądane byłoby, pominięte w tekście artykułu, poszerzenie kontaktów na tym kierunku o współpracę przemysłów zbrojeniowych. Skandynawia ma dobrze rozwinięte technologie tej branży, a jej produkty, dostosowane są do potrzeb teatru działań wojennych przeciw oczywistemu potencjalnemu agresorowi – tzn. Rosji, co żywotnie interesuje wszystkie państwa wschodniej flanki NATO – kraje członkowskie Trójmorza.

Ciekawe jest natomiast wskazanie przez autorów na Francję jako potencjalnego partnera Trójmorza. Obserwujemy już pierwsze oznaki zainteresowania Paryża tą inicjatywą. Jest to jednak objaw obaw francuskich przed narastającą dominacją Niemiec i poszukiwania sposobu wzmocnienia słabnącej pozycji Francji (zadłużenie Francji sięga 120% PKB i rośnie w warunkach covidowych lockdownów. W 2017 r. kraj ten przeżył implozję sceny politycznej, a dziś pozycja reprezentującego establishment prezydenta Emmanuela Macrona jest krucha, wynik wyborów w 2022 r. zaś wysoce niepewny). Doproszenie Francji do współpracy trójmorskiej jest zatem z polskiego punktu widzenia pożądane, ale może być sprzeczne tak ze stawką Waszyngtonu na Niemcy, jak i z interesami branży energetycznej USA. Polska chciałaby bowiem do swego miksu energetycznego włączyć energię jądrową. Zakupu stosownej technologii dokona albo w USA, albo we Francji, Amerykańska orientacja na Berlin oczywiście zwiększa otwartość Polski na opcję francuską i odwrotnie, francuskie (i niemieckie) parcie do porozumienia z Rosją, objawione ostatnio zablokowanym przez Polskę, Rumunię, państwa bałtyckie i skandynawskie projektem zaproszenia Putina na szczyt UE, redukuje szanse Paryża na uzyskanie stosownego kontraktu od rządu w Warszawie. USA i Francja w tym kontekście są zatem nawzajem dla siebie konkurentami. Niemcy z kolei, zainteresowane, jak wyżej wskazano, reeksportem importowanego z Rosji gazu (Nord Stream 2) na obszar Trójmorza, w ogóle przeciwne są nuklearyzacji energetyki polskiej. Pogodzenie tych rozbieżnych interesów jest niemożliwe. Kombinacja ta jest zatem jednym z najbardziej wyrazistych przykładów sprzeczności wewnętrznej rekomendacji zawartych w artykule.

Wnioski

Istotą przesłania zawartego w tekście Frieda, Mosbacher i Brzezińskiego jest otwarcie Trójmorza na Niemcy i wpisanie się w amerykańską politykę uznania Berlina za czołowego sojusznika w Europie, przy jednoczesnym potwierdzeniu faktu, że USA, także pod rządami Bidena, uważają Inicjatywę Trójmorza za wartą wsparcia i mogącą posłużyć im jako instrument ograniczania penetracji chińskiej w Europie Środkowej, a także jako klucz do rynku gazowego tego regionu, otwieranego na import gazu amerykańskiego (LNG). Zadaniem dyplomacji polskiej jest potwierdzenie tezy o konkurencyjności Inicjatywy Trójmorza wobec projektów chińskich i uzmysłowienie Amerykanom sprzeczności pomiędzy oparciem się na Niemcach a otwarciem środkowoeuropejskiego rynku gazowego na import surowca z USA. Proekologiczna retoryka Bidena może jednak świadczyć o groźbie zignorowania interesów amerykańskiego lobby gazowego przez obecną administrację w Waszyngtonie i uznanie, że oddanie tego rynku Niemcom i Rosji per saldo opłaci się USA z uwagi na wyzwanie chińskie. Wówczas Trójmorze czekają ciężkie czasy. Na szczęście jednak zapewne niezbyt długie. Amerykanom nie uda się bowiem ani antychińska kombinacja z udziałem Niemiec, ani zaspokojenie Rosji na tyle, by nie chciała więcej i pozwoliła Stanom Zjednoczonym skoncentrować się na Dalekim Wschodzie. Opozycja w Kongresie USA wobec faktycznego zniesienie sankcji na Nord Stream 2 jest silna. Rozwianie iluzji co do możliwości kupienia sobie w ten sposób lojalności i solidarności ze strony Niemiec i spokoju od Rosji nastąpi raczej szybciej, niż później i wzmocni presję Kongresu na zmianę tej polityki. Trzeba do tego momentu dotrwać w możliwie najlepszej kondycji. Polska jest w tym zakresie zdeterminowana. Musi jednak całą tę sytuację intensywnie objaśniać tak nad Potomakiem, jak i pozostałym partnerom z Inicjatywy Trójmorza, od których postawy zależy sukces współpracy tego gremium.

Komentarze (1)

Zbigniew

Niepokojące jest zupełne pominięcie przez autora Korei Południowej jako alternatywnego dostawcy technologii jądrowej dla Polski.

9 lipca 2021

Powiązane artykuły