,
[TYLKO U NAS] „Wiek cyfrowej wolności”. Manifest minister sprawiedliwości Węgier Judit Vargi
Judit Varga

Manifest węgierskiej minister sprawiedliwości Judit Vargi dotyczący walki o wolność słowa w przestrzeni cyfrowej.

Wolność słowa. Można by pomyśleć, że to taka oczywista koncepcja. Dla konserwatystów takich jak my, demokracja musi zawierać w sobie wolność słowa. Jednak dla naszych liberalnych przyjaciół ta koncepcja nie jest już tak oczywista.

Przez ponad czterdzieści lat, przed zmianą systemu, obywatele Węgier nie mogli publicznie mówić tego, co myśleli. O „wolności prasy” w dobie komunizmu mówiono sarkastycznie jak o czasach, gdy wolno było mówić wszystko – pod warunkiem, że było to dozwolone. Był to okres dyktatury komunistycznej, kiedy cenzura wiązała się z władzą państwa. W przeciwieństwie do obywateli państw zachodnich, mieszkańcy Europy Środkowej i Wschodniej mają bezpośrednie doświadczenie podlegania kontroli przez komunistyczne państwo, które decydowało, co może być publikowane i ogłaszane. 

Po 1989 roku myśleliśmy, że to się już skończyło. Niestety, teraz zdajemy sobie sprawę, że postęp technologiczny przyniósł nową formę nieprzyjemnej cenzury.

Nowe formy cenzury

Ta nowa cenzura nie znajduje się w rękach państw, lecz organizacji ponadnarodowych i samych mediów. Dzisiejsi zarządcy cenzury to sieci społecznościowe i bańki informacyjne. Wpływają one niekorzystnie na wolność obywateli do wyrażania swoich poglądów w świecie offline i online, robiąc to na różne sposoby. Paradoksalnie sieci społecznościowe zaczynały swą działalność jako ucieleśnienie wolności słowa. Dziś jednak formuła ta została całkowicie wywrócona do góry nogami. Platformy społecznościowe kontrolują, filtrują i usuwają wpisy, które uważają za „nieodpowiednie” lub „naruszające ich zasady”.

Trzymanie się własnych zasad teoretycznie powinno działać doskonale. W idealnym świecie podejrzane wpisy powinny być usuwane przez automatyczne algorytmy lub moderatorów treści. Jakie to wygodne! Gdybyśmy mieli ogólnie uzgodnione normy moralne, według których oceniamy, co jest szkodliwe, a co jest dozwolone, mogłoby to działać obiektywnie. Niestety tak nie jest. Problem polega na tym, że w dzisiejszych czasach trudno znaleźć normę moralną, którą by interpretowano w ten sam sposób na całym świecie, a przynajmniej w Unii Europejskiej.

Konserwatywne wartości nie definiują już punktów odniesienia. Chrześcijaństwo czy religijne normy moralne przestały być pojęciem wpływającym na nasze codzienne zachowanie. Zamiast tego do głównego nurtu weszła zniekształcona koncepcja liberalizmu.

Liberalizm powinien oznaczać, że dozwolone jest wszystko, co nie szkodzi drugiej osobie ani jej interesom. Dziś jednak liberalizm akceptuje wszystko, o ile odpowiada to jego własnemu światopoglądowi. Powraca zatem do zasad socjalizmu: wolno mówić wszystko – o ile jest to zgodne z głównym liberalnym nurtem. Komunistyczna polityka kulturalna działała w oparciu o zasadę 3P: prewencja, pozwolenie, promocja. Najpierw zabraniano pewnych zachowań lub treści, na inne z kolei pozwalano, w końcu zaś – jeśli były one popularne – promowano je. Liberałowie natomiast wierzą w zasadę 3Z: zakazać, zablokować, zlikwidować — dopóki niechciane zachowanie lub osoba nie zostaną wypchnięte na margines społeczeństwa. A ponieważ sieci społecznościowe w dużej mierze odzwierciedlają myślenie liberalnego mainstreamu, utraciły one swe pierwotne cechy – nie są już społecznościowe.

Korporacje Big Tech nie tylko mają swoje własne zasady, ale też arbitralnie je stosują. Było to szczególnie widoczne w czasach, gdy Facebook cenzurował, blokował, a ostatecznie całkowicie zbanował byłego prezydenta USA Donalda Trumpa. Jego własny „sąd najwyższy”, organ quasi-sądowy zwany Oversight Board, orzekł później, że zakaz jest zgodny z własnymi standardami społecznościowymi regulującymi korzystanie z platformy.

Takie podejście niesie ze sobą co najmniej dwa problemy, o których wspomniałam w niedawnym liście do dyrektora regionalnego tej platformy. Po pierwsze, nie wiemy, jak te standardy są projektowane. Po drugie, platformy również decydują, na podstawie własnych zasad, jakie ograniczenia wolności wypowiedzi stosują na swoich interfejsach. W rzeczywistości tworzą równoległy system pseudoprawny, w którym elementy ochronne zapewniane przez państwo nie mają pierwszeństwa. Może to prowadzić do nadmiernego wpływania na sprawy publiczne, co ma kluczowe znaczenie dla życia społeczeństwa, np. na wybory, jak miało to miejsce w Stanach Zjednoczonych.

Wraz z rozwojem sieci społecznościowych duże firmy technologiczne zyskują coraz szersze wpływy społeczne i gospodarcze. W ostatniej dekadzie objawił się wyraźny trend, że niektóre platformy stały się niezwykle popularne, wypierając tradycyjne platformy oraz mniejszych konkurentów. Dziś użytkownicy coraz częściej żyją i dzielą się swoim życiem w sieci, a duże firmy są w stanie wpływać na całe społeczeństwa w stopniu, który wcześniej był możliwy do wyobrażenia tylko w przypadku religii, ideologii, zjawisk kulturowych czy wydarzeń historycznych. Jednak firmy te nie tylko wpływają na społeczeństwo, lecz skutecznie ograniczają wolność wypowiedzi oraz określają stopień dostępu użytkowników do informacji.

Biorąc pod uwagę, że media głównego nurtu pozostają pod silnym wpływem poglądów ultraliberalnych, warto przyjrzeć się pewnym liberalnym standardom dotyczącym ich interpretacji wolności słowa. W marcu tego roku burmistrz Nowego Jorku Bill de Blasio zasugerował, by policja ścigała i prowadziła śledztwa w sprawie osób, które dopuściły się czegoś z „nienawiści” (choć w rzeczywistości nie popełniły one żadnego przestępstwa). Przejawem takiej pozakryminalnej „nienawiści” mogą być także wypowiedzi, które zostaną uznane przez władze za obraźliwe. Od ścigania kogoś za powiedzenie czegoś rażącego lub niepoprawnego, bez popełnienia przez niego przestępstwa, dzieli już tylko krok od ścigania za nieprawomyślne myślenie – co brzmi jak orwellowska policja myśli.

Czy przestaniemy nienawidzić, jeśli ograniczymy wolność słowa?

Liberałowie są zdecydowanymi zwolennikami ograniczania wolności słowa w nadziei na powstrzymanie mowy nienawiści, ale jeśli chodzi o zniesławianie konserwatywnych wartości, to nie ograniczają już wolności słowa. W takim przypadku w imię liberalizmu dozwolone są wszelkie możliwe oszczerstwa i zniewagi. Nie ma tabu dotyczącego czy to religii, czy moralności, czy tradycji. Konserwatyści muszą po prostu tolerować sytuacje, kiedy poniża się lub ośmiesza Boga, Jezusa czy wiarę chrześcijańską.

W odróżnieniu od tego wartości liberalne są pełne różnych tabu. Na przykład, jeśli ktoś nie chwali najnowszej, dodanej ostatnio litery do skrótu LGBT, jest określany mianem ksenofoba, szowinisty lub nacjonalisty. Kwestionowanie żywotności społeczeństwa otwartego czy lekkomyślnej i bezwzględnej polityki migracyjnej czyni konserwatystę „persona non grata”. Niemal żadna dyskusja nie jest już możliwa, ponieważ ideologia stała się ważniejsza od prawdy i zdrowego rozsądku. Co istotniejsze, to, co nie pasuje do liberalnego myślenia, uznawane jest za nienaukowe, nawet jeśli jest to poparte faktami (np. biologicznymi). Tak więc liberałowie często zwracają się przeciw swoim własnym korzeniom w imię dogmatów głównego nurtu.

Drugim ucieleśnieniem cenzury jest bańka informacyjna, która działa w mniej oczywisty sposób. Zmusza ludzi do myślenia i wyrażania jedynie tego, co akceptują media głównego nurtu. Ponadto sieci społecznościowe wzmacniają bańkę informacyjną, oferując tylko wiadomości zgodne z preferencjami użytkownika; w ten sposób zawężają nasz horyzont widzenia i oddalają nas od siebie w imię „interesu użytkownika”. Podobnie promowanie politycznej poprawności sprawia, że ​​prowadzenie konstruktywnego dialogu staje się niemal niemożliwe.

Dziś sieci społecznościowe przekształciły się w coś znacznie większego niż sugeruje ich nazwa. Badania naukowe pokazują, że liczba „polubień” związanych z wpisami wpływa z mocą wsteczną na nasze postrzeganie wydarzeń, zmieniając w ten sposób nasze wspomnienia. Sieci społecznościowe wykorzystywane są nawet jako narzędzia polityczne. Niektórzy (głównie konserwatywni) politycy mogą zostać zablokowani lub ich zasięgi mogą zostać gwałtownie zmniejszone, podczas gdy niektóre ruchy są wspierane przez duże platformy i dlatego mogą wydawać się większe i ważniejsze niż są w rzeczywistości.

Na przykład niektóre organizacje praw człowieka posunęły się tak daleko, że ­– zamiast uczyć się z historii – fałszowały historię i literaturę. Kulminacją tego był agresywny i destrukcyjny ruch Black Lives Matter (BLM), który, sądząc po swojej widoczności na platformach społecznościowych, wydawał się dominować na świecie latem 2020 roku, podczas gdy w rzeczywistości była to hałaśliwa mniejszość, której ogólne poparcie w USA ostatnio spada. Kiedy BLM znajdował się na szczycie, burzono nawet pomniki postaci historycznych, ponieważ przedstawiały one ludzi, którzy w przeszłości zrobili lub powiedzieli coś, co obecnie (wyrwane z kontekstu historycznego) uważa się za nienawistne. Owi aktywiści BLM chcieli wymazać przeszłość, tak samo jak niegdyś komuniści. Jak jednak ujął to niedawno prezydent Francji Emmanuel Macron, z okazji dwusetlecia śmierci Napoleona, nie powinniśmy ulegać pokusie anachronicznego osądu, który ocenia przeszłość zgodnie z prawami teraźniejszości.

Podobnie jak w przypadku BLM, sieci społecznościowe mogą wzmocnić głosy tych, którzy inaczej nie odnieśliby sukcesu. W badaniu przeprowadzonym przez Instytut Allensbacha w zeszłym roku 20 proc. niemieckich profesorów uznało poprawność polityczną za barierę dla badań naukowych. Stwierdzono również, że w przeciwieństwie do USA, gdzie dominuje kultura anulowania, a profesorów zwalnia się za przekraczanie granic politycznej poprawności, Niemcy prezentują „niepokojący dystans” do wyrażania własnych poglądów, związany z „wrogim otoczeniem, naciskiem politycznym i zastraszaniem”. Badania z 2017 roku pokazują, że 51 proc. amerykańskich studentów uważa, iż ​​można uciszyć rozmówcę, z którym się nie zgadzają (19 proc. uważa nawet, że dopuszczalne jest w takim przypadku użycie przemocy). Doszło do sytuacji, w której niemieccy i amerykańscy naukowcy utworzyli sieć, by chronić swych kolegów mających ograniczoną wolność naukową, jeśli nie podążają za głównym nurtem.

Sieci społecznościowe przyczyniają się również do dewaluacji zasług. Dziś każdy może zostać influencerem, niezależnie od tego, czy treści, które tworzy, mają jakąkolwiek wartość. W sieciach społecznościowych nie trzeba nawet umieć poprawnie pisać – skróty i emotikony nie muszą być poprawne gramatycznie. Niektórzy mogą powiedzieć, że to w porządku, że „fajne” i rozrywkowe środowisko internetowe może tolerować takie błędy. Jednak przeniesienie tej tolerancji na środowisko akademickie jest już zbyt niebezpiecznym krokiem. Na przykład na niektórych brytyjskich uniwersytetach profesorowie muszą stosować tzw. oceny inkluzywne, czyli studenci nie są oceniani za słabą ortografię, gramatykę i interpunkcję, ponieważ upieranie się przy literackiej angielszczyźnie byłoby zbyt „elitarne” i dyskryminowałoby mniejszości etniczne oraz tych, którzy chodzili do „słabszych” szkół. Nie zdają sobie jednak sprawy, że zamiast podciągać słabszych uczniów do wymaganego poziomu uniwersyteckiego, takie podejście „odetnie najlepszych” i ostatecznie obniży jakość całej uczelni.

Nie możemy dłużej milczeć

Nasze wartości są zagrożone, zaś sieci społecznościowe wzmacniają ten proces. Wszystko, w co wierzymy, staje się tarczą strzelniczą, dlatego staje się zagrożone: Bóg, ojczyzna, rodzina, naród, tradycja, granice, praca, własność itp. Uwidoczniło się to np. w atakach na władze Węgier za to, że wpisały do konstytucji tak ewidentne oczywistości, jak fakt, że ojcem dziecka jest mężczyzna, a matką kobieta.

Bańki informacyjne, wraz z poprawnością polityczną i autocenzurą, sprawiły, iż doszliśmy do punktu, w którym my, konserwatyści, nie możemy już dłużej milczeć. W rzeczywistości milczeliśmy zbyt długo. Myśleliśmy, że nie ma dla nas znaczenia, co myślą liberałowie, że ich opinia to po prostu inny sposób życia i inny sposób myślenia. Konserwatyzm jako wiarygodna i atrakcyjna alternatywa istniał zawsze. Konserwatyści mówili to, co myśleli, i robili to, co mówili. W tym sensie świat był czarno-biały, można było nazwać rzeczy ich prawdziwymi imionami. Myśleliśmy, że nasza wolność słowa pozostanie nietknięta, że będą kraje, które zorganizują swoje społeczeństwo według liberalnych idei, podczas gdy inne przyjmą bardziej konserwatywne podejście. 

Byli liberalni demokraci, konserwatywni demokraci, chrześcijańscy demokraci, socjalistyczni demokraci itd. Nikt nie próbował przekonywać drugiego, że pewna odmiana demokracji jest lepsza, i wspomniane koncepcje współistniały obok siebie. Dziś jednak świat osiągnął etap, w którym wydają się istnieć tylko liberalni demokraci, podczas gdy inni wykluczeni są ze „wspólnoty cywilizowanych narodów”. Liberałowie chcą opanować społeczeństwa wszystkich krajów i zamienić je wszystkie w społeczeństwa otwarte. Chcą narzucić innym swój styl życia, a społecznościowe, czyli socjalne – lub jeśli wolicie: socjalistyczne – sieci są potężnym narzędziem do osiągnięcia tego celu.

Alternatywa, czyli własna droga

W tej burzliwej atmosferze rząd węgierski zrozumiał, że musi działać, dlatego przy Ministerstwie Sprawiedliwości powołał Komisję Wolności Cyfrowej, by zbadać środowisko, w którym funkcjonują korporacje Big Tech. W 2010 roku węgierski rząd wybrał drogę obrony własnych wartości, niezależnie od tego, co myślano o tym lub co akceptowano w mainstreamowej liberalnej bańce informacyjnej. Zdaliśmy sobie sprawę, że z bańką informacyjną możemy walczyć tylko poprzez pokazanie funkcjonującej alternatywy.

Pluralistyczne podejście rządu węgierskiego daje możliwość myślenia w inny sposób niż zwykle. W świecie fizycznym obywatele i przedsiębiorstwa rutynowo przestrzegają przepisów, a jeśli tego nie robią, to istnieje konkurencja, można też nałożyć sankcje ekonomiczne, a nawet karne na tych, którzy łamią zasady. Dużo trudniejsze jest to jednak w przypadku anomalii, które występują w świecie cyfrowym. Sprawcy nie są łatwi do zidentyfikowania, a biorąc pod uwagę międzynarodowy charakter wielkich korporacji technologicznych, nie jest jasne, zgodnie z jakimi regulacjami państwowymi powinni być pociągnięci do odpowiedzialności.

Węgry już dawno zrozumiały, że musimy kroczyć własną drogą, by zachować to, co jest nam drogie. Jeśli chcemy, aby to ludzie kontrolowali technologię, a nie odwrotnie, to te same prawa powinny obowiązywać w świecie rzeczywistym i cyfrowym. To gwarantuje normalny styl życia społeczeństwa. Coraz więcej krajów zdaje sobie sprawę z pilności rozwiązania tego problemu i wprowadza niezależne środki na szczeblu krajowym, które regulują funkcjonowanie dużych platform i sieci społecznościowych. Przykładami są Niemcy, Francja, a właściwie cała Unia Europejska, nie mówiąc już o Australii, Kanadzie i USA.

Pod koniec 2020 r. Komisja Europejska przedstawiła dwie propozycje legislacyjne (ustawę o usługach cyfrowych i ustawę o rynkach cyfrowych), których celem jest stworzenie jednego zbioru zasad dla platform społecznościowych w całej UE. Propozycje, jeśli zostaną przyjęte, będą miały bezpośrednie zastosowanie we wszystkich państwach członkowskich, co będzie miało wpływ na zakres poszczególnych regulacji krajowych. Chociaż wnioski są nadal procedowane ze względu na powolne tempo procesu legislacyjnego UE, przygotowania znajdują się na zaawansowanym etapie. Ze względu na wagę tej problematyki rząd węgierski, który reprezentuje interesy Węgier, również aktywnie uczestniczył w negocjacjach nad pakietem legislacyjnym.

Regulacja sieci społecznościowych jest nieunikniona, czego nie kwestionują same platformy. Ma to zasadnicze znaczenie nie tylko dla ochrony i egzekwowania niektórych praw podstawowych, ale również dlatego, że uczestnicy rynku cyfrowego (biorąc pod uwagę globalny charakter rynku) muszą również przestrzegać zasad konkurencji. Korporacje Big Tech są często w stanie ograniczyć lub nawet uniemożliwić konkurencję, nadużywając swej monopolistycznej pozycji. 

Dlatego uzasadnione wydaje się kierowanie uczestnikami rynku także poprzez reguły konkurencji. Dzięki pakietowi cyfrowemu Unia Europejska jest na dobrej drodze. Przykłady pokazują, że pojedyncze państwa mogą mieć trudności z wyegzekwowaniem regulacji. Jest to obszar, w którym potrzebna jest silna reakcja Europy lub współpraca międzynarodowa, żeby przeciwstawić się hegemonii sieci społecznościowych oraz zagwarantować sprawiedliwość i obiektywizm. 

Z niecierpliwością czekamy na plan regulacji UE i możemy mieć tylko nadzieję, że okaże się on bardziej udany niż negocjacje w sprawie szczepień.

(Fot. Varga Judit/Facebook)

Komentarze (0)

Powiązane artykuły