,
[Wywiad] Bułgaria: maraton 5 wyborów i 9 miesięcy bez rządu

Jeśli ktoś chciałby poznać definicję „maratonu wyborczego” powinien zajrzeć do Bułgarii. Mieszkańcy tego kraju mieli w tym roku pięć szans na oddanie swojego głosu. Za nimi dwie rundy wyborów prezydenckich i aż trzy głosowania w wyborach parlamentarnych, które za każdym razem wygrywała inna partia. Czy po 9 miesiącach politycznego kryzysu uda się wreszcie powołać rząd? Dlaczego nowym twarzom w bułgarskiej polityce trudno będzie walczyć z korupcją? Jak Bułgarzy zapatrują się na wizję rosyjskiej agresji na Ukrainę? M.in. na te pytania odpowiada Rusłan Stefanow, analityk bułgarskiego think-tanku The Center for the Study of Democracy.

Od kwietnia do listopada Bułgarzy trzy razy głosowali w wyborach parlamentarnych – za każdym razem z innym skutkiem. Dwukrotnie politycy nie dogadali się w kwestii powołania rządu, trzecie podejście trwa. Dlaczego wyborcy tak szybko zmieniają zdanie?

Nie powiedziałbym, że to kwestia zmiany zdania. To coś, co nazywam „głosami sprzeciwu”. I jest to czynnik decydujący od zwycięstwie w wyborach  w Bułgarii od lat. Przy końcu każdej kadencji ludzie są niezadowoleni i chcą to zmienić, głosując przeciwko starej władzy. A więc szukają kogoś nowego.

Tak było w 2001 roku, gdy wygrała partia powstała chwilę przed wyborami. Tak było w 2009, gdy zwyciężył Bojko Borisow i jego GERB, dla których to były pierwsze wybory.Ludzie regularnie szukają alternatywy i teraz nie było inaczej – dwa razy wygrały nowe partie. Jedna założona dwa miesiące przed wyborami.

A jednak pierwsze w tym roku wybory wygrał właśnie GERB ze skompromitowanym już premierem Borisowem, przeciwko któremu dopiero co tłumnie protestowano.

To z kolei schemat, który obserwujemy w całej Europie Środkowo-Wschodniej: z jeden strony ludzie chcą odsunięcia jakichś polityków, mamy masowe protesty i żądania dużych reform – wydaje się, że zmiana władzy jest nieunikniona. Ale wtedy okazuje się, że rządzący mają swój twardy elektorat, który i tak na nich zagłosuje. Tak bywało i bywa na Słowacji, w Czechach, Polsce, Rumunii czy Chorwacji.

Poza tym Borisow przez wielu mimo wszystko był odbierany pozytywnie. Gospodarczo nie staliśmy źle – nie należeliśmy do europejskiego topu, ale najważniejsze, że nie wpadliśmy w żaden kryzys finansowy. Do tego wzmocniliśmy swoją pozycje w Europię: Borisow miał bardzo dobre relacje z kanclerz Angelą Merkel, współpracował z Europejską Partią Ludową. Za jego kadencji Bułgaria po raz pierwszy przewodniczyła Radzie Unii Europejskiej. No i fundusze unijne mocno wpłynęły na poprawę sytuację w kraju. To wszystko sprawiło, że niektórzy chcieli, aby to on nadal rządził.

Natomiast w tych pierwszych, kwietniowych wyborach, za partią Borisowa znalazła się Jest Taki Naród, showmana Sławiego Trifonowa. Następne wybory już wygrali. Zdecydowały właśnie głosy sprzeciwu.

Ale Trifonow i jego partia nie dość, że nie byli w stanie powołać rządu, to swoje ponad dwudziestotrzyprocentowe poparcie stracili w ciągu zaledwie kilkunastu tygodni.

Kompletnie sobie z tym wyborczym zwycięstwem nie poradzili. Nie potrafili sformować rządu, byli zdezorganizowani na każdym poziomie. I tak doszliśmy do trzecich w tym roku wyborów, gdzie znowu przeważyły „głosy sprzeciwu”. Tym razem to był sprzeciw nie tylko wobec Borisowa, ale też i Trifonowa. Trzeba jednak oddać, że niektórzy swój sprzeciw wyrazili zostając w domach. W żadnych z tegorocznych wyborów frekwencja nie przekroczyła 50%, a w każdych kolejnych była coraz niższa. W końcu spadła poniżej 40%.

Zaangażowanie, które widzieliśmy w czasie zeszłorocznych antyrządowych protestów się wyczerpało?

Protesty przeciwko Borisowowi to nie były protesty jakie mieliśmy w latach 90., gdy nasza gospodarka była w ruinie.Tym razem ludzi wyciągnęły na ulice nie problemy gospodarcze, ale hasła prodemokratyczne i antykorupcyjne. A te sprawy nie łączą tak bardzo jak kłopoty finansowe i nie każdy chce się aktywnie włączać w walkę o takie kwestie.

Asen Wasilew i Kirił Petkow – liderzy partii Kontynuujemy Zmianę, która wygrała ostatnie wybory

Ostatecznie jednak wszystko wskazuje na to, że po dziewięciu miesiącach politycznego kryzysu powstanie rząd, dla którego walka z korupcją będzie priorytetem. Przynajmniej na papierze.

Jako obywatel mam nadzieję, że nie tylko na papierze. Ale jako osoba, która bada zjawisko korupcji w polityce od wielu lat wiem, że walka z nią to proces skomplikowany i długotrwały. Nie da się tego zrobić z dnia na dzień. Dlatego myślę, że będą w stanie zrobić „coś”, ale to nie będzie rewolucja, a raczej krok w stronę dobrego. Będziemy mieli więcej transparentności i dobrych praktyk w zarządzaniu państwem. Spodziewam się stworzenia lepszych warunków dla biznesu i dla pracowników, żeby nie uciekali za granicę. Potrzebujemy tego, jeśli chcemy – a chcemy – dołączyć do tempa rozwoju Słowacji czy Polski.

A co może pójść nie tak?

Ten rząd stanie też przed ogromnym wyzwaniem, bo będzie miał do dyspozycji pieniądze, jakich nie miał żaden inny rząd w historii Bułgarii. A to będzie się wiązało z dużą presją. No i pamiętajmy, że rządzić będzie koalicja. W dodatku bardzo zróżnicowana. Z jednej strony nowe twarze – ludzie, którzy faktycznie chcą coś zmienić, ale nie mają politycznego obycia. W tej grupie są oportuniści od Trifonowa i zwycięska partia Kontynuujemy Zmianę, która nie zdążyła okrzepnąć i dojrzeć instytucjonalnie.

Z drugiej strony mamy stare wygi, przede wszystkim z Partii Socjalistycznej. Tam są działacze którzy funkcjonowali jeszcze w czasach komuny. Im żadne zmiany nie są potrzebne. Zresztą do naprawdę dużych zmian, trzeba by reformy całego systemu. A do tego z kolei zmiany konstytucji. A nie zanosi się na to, żeby rządzący mieli większość konstytucyjną.

Bułgaria to członek Unii Europejskiej i NATO, ale też państwo silnie powiązane z Rosją. Jak postrzega się tam obecne zagrożenie rosyjskie względem Ukrainy?

Jesteśmy mocno uzależnieni od Rosji. Największe firmy energetyczne w kraju są rosyjskie. W pełni polegamy na rosyjskim gazie i ropie. No i mamy bardzo prorosyjskie nastawienie społeczeństwa – 70% akceptuje politykę Władimira Putina. Może jeszcze na Słowacji można by uzyskać podobny wynik.

Ale to nie jest bezwzględna aprobata. Kiedy w 2014 roku Rosja zajęła Krym, sympatie gwałtownie się zmieniły. Ludzie uznali, że Rosja po prostu zaatakowała swojego sąsiada. Państwo zdecydowanie słabsze, które w żaden sposób nie prowokowało. Ludzie instynktownie myśleli „przecież to moglibyśmy być my”. Teraz jest podobnie. Rosjanie doskonale wiedzą, że w razie konfliktu nastroje społeczne – również, a może przede wszystkim, w państwach trzecich – będą bardzo ważne, więc już nad tym pracują. W naszych social mediach jest pełno wpisów, z dopiero co założonych kont, mówiących o prowokacjach ze strony NATO i Ukrainy. Rosyjska dezinformacja i propaganda jest u nas siana 24//7.

A jak zapatrują się na to bułgarscy politycy?

To oczywiście zależy którzy. W kampanii prezydenckiej prezydentowi Radewowi „wyrwało się”, że Krym jest w zasadzie rosyjski. Potem niby próbował się z tego wycofywać, ale też nie do końca. Tłumaczył, że Krym jest oczywiście ukraiński, ale patrząc realnie – rosyjski. Inni politycy też próbują grać na dwa fronty. Z jednej strony mówią o potrzebnie zbliżenia z Unią i współpracy z NATO, a z drugiej dobijają targu z Rosją. Przecież to z nią zbudowaliśmy Turkstream i byliśmy o krok od wspólnegopostawienia kolejnej elektrowni atomowej. Ale nie ma co się temu dziwić i na to obrażać, bo przecież Niemcy uprawiają podobną politykę.

Gdyby Rosja znów sięgnęła po kawałek Ukrainy sytuacja się zmieni? Bułgarscy politycy odwrócą się od Kremla?

Wiele zależy od tego, jak zareaguje społeczeństwo. Politycy będą się do tego dopasowywać. Część polityków, przede wszystkim z Partii Socjalistycznej, jest otwarcie prorosyjska, więc tu na zmianę nie ma co liczyć. A wojny niestety nie można wykluczyć – bylibyśmy głupi nie biorąc tego scenariusza pod uwagę. Zwłaszcza, że okoliczności sprzyjają wejściu Rosji na tę ścieżkę: wysokie ceny energii, rosyjska gospodarka poturbowana sankcjami i kryzysem. Do tego ukończony NordStream 2, więc Rosja lada chwila nie będzie musiała polegać na infrastrukturze przechodzącej przez Ukrainę. No i słabość Europy, która nie jest w stanie odpowiednio zareagować na to, co robi Putin. Zachodnia Europa nie interesuje się tym, co się dzieje na Wschodzie. Widzieliśmy to przed 2014 i już po nim. Rosja zajęła Krym i jaka była odpowiedź Europy? Co Europa zrobiła po zestrzeleniu holenderskiego samolotu nad Ukrainą? Co zrobiła, gdy Łukaszenka porwał samolot Ryanaira? Europa sama pokazuje się jako bezzębna i słaba. Rosja to widzi i – jeśli będzie miała potrzebę – wykorzysta.

A powód do rozpoczęcia zawsze się znajdzie. Czy tak trudno sobie wyobrazić, że z terytorium Ukrainy padają strzały w kierunku granicy z Rosją? Taki incydent byłby wystarczający.

Rusłan Stefanow jest głównym ekonomistą think-tanku The Center for the Study of Democracy, z którym współpracuje od blisko 20 lat. W swojej działalności analitycznej zajmuje się m.in. przeciwdziałaniem korupcji w polityce, dezinformacją, rosyjskimi wpływami w Europie i dobrymi praktykami zarządzania. Jest też specjalistą w zakresie transformacji energetycznej i bezpieczeństwa energetycznego.

Komentarze (0)

Powiązane artykuły