Rozmowa z Pawłem Burdzym, szefem biura Polski Instytut Spraw Międzynarodowych w Waszyngtonie, dotyczyła fundamentalnej zmiany w myśleniu strategicznym Stanów Zjednoczonych, zmiany, która nie tylko redefiniuje relacje USA z Europą, ale ma bezpośrednie konsekwencje dla wojny w Ukrainie oraz bezpieczeństwa wschodniej flanki NATO. Punktem wyjścia jest powrót do idei znanej z XIX wieku, czyli doktryny Monroe’a, ogłoszonej w 1823 roku przez prezydenta Jamesa Monroe’a. Jej istotą było uznanie całej półkuli zachodniej za strefę wyłącznych interesów Stanów Zjednoczonych i jednoznaczne ostrzeżenie wobec europejskich mocarstw, że każda ingerencja w tym obszarze spotka się z reakcją Ameryki. Zdaniem Pawła Burdzego dziś obserwujemy powrót do tej logiki w nowoczesnej, znacznie ostrzejszej odsłonie – czymś, co można nazwać „doktryną Monroe’a 2.0”. W tej nowej wersji Stany Zjednoczone jasno sygnalizują, że wszystko, co dzieje się na półkuli zachodniej, pozostaje w ich gestii, a ambicje innych mocarstw – także europejskich, będą traktowane jako zagrożenie. Nie jest to wyłącznie zmiana narracyjna. Jak podkreśla Paweł Burdzy, za tą doktryną idą konkretne decyzje instytucjonalne i polityczne.
„Za tym idą też pewne zmiany w strukturach rządowych – półkula zachodnia będzie zintegrowana” – zauważa. Powrót Grenlandii na agendę amerykańskiej polityki, koncentracja na relacjach w obu Amerykach oraz twardsze podejście wobec globalnych rywali wpisują się w tę samą logikę. W rozmowie wybrzmiewa mocno teza, że Donald Trump nie jest autorem tej strategii, lecz pierwszym prezydentem, który zdecydował się ją bezkompromisowo wdrożyć.
„To już czwarty prezydent, który o tym mówił – a pierwszy, który to wykonał” – podkreśla analityk. Przez lata kolejne administracje USA wysyłały Europie ten sam sygnał: musicie więcej wydawać na obronność, wziąć realną odpowiedzialność za NATO i własne bezpieczeństwo. Europa jednak, jak ocenia rozmówca, ignorowała te ostrzeżenia, korzystając z amerykańskiego parasola ochronnego, jednocześnie robiąc interesy z Rosją, zwłaszcza w obszarze energetyki. Trump tę politykę przerwał.
„Trump tupnął nogą i to wprowadził – czyli ukrócił jazdę na gapę” – mówi Burdzy, przypominając m.in. zapowiedzi wycofywania wojsk USA z Niemiec. Nie były one impulsywną groźbą, lecz narzędziem wymuszania zmiany zachowania europejskich sojuszników. Jednym z najbardziej znaczących wątków rozmowy są kulisy kontaktów z amerykańskimi politykami jeszcze sprzed pierwszej kadencji Trumpa.
„Uczestniczyłem w rozmowach, podczas których mówiono nam wprost – jeszcze parę miesięcy przed wyborem Trumpa, że może powinniśmy bardziej docenić Bidena, bo to ostatni prezydent z czasów zimnej wojny, który miał poczucie, że mamy wspólny interes także w ochronie Europy” – relacjonuje Paweł Burdzy. Demokraci ostrzegali wówczas Europejczyków przed niebezpiecznym złudzeniem: przekonaniem, że nawet jeśli USA kiedyś ograniczą swoją obecność militarną w Europie, to zawsze będzie można liczyć na ich powrót.
„Zwracali uwagę, żebyśmy nie wyobrażali sobie, że jeżeli raz USA wycofają się z Europy i wycofają żołnierzy, to oni kiedykolwiek tam wrócą. Już nie wrócą”.
Ten kontekst jest kluczowy dla zrozumienia wojny w Ukrainie i jej możliwych konsekwencji. Zdaniem Pawła Burdzego Rosja znalazła się w sytuacji, w której nie może łatwo zatrzymać rozpędzonej machiny wojennej.
„W mojej opinii Rosja chciałaby zaatakować i pójdzie dalej, bo nie może już zatrzymać tego rozpędzonego pociągu. Powrót do stanu pokoju będzie oznaczał katastrofę” – ocenia. Jako analogię przywołuje doświadczenia Rosji po wojnie w Afganistanie – konflikcie wielokrotnie mniejszym niż obecna wojna z Ukrainą.
„Pamiętajmy, co się stało po zakończeniu inwazji na Afganistan, kiedy wrócili pokiereszowani – a była to dziesięć razy mniejsza wojna”.
W tym kontekście nasz rozmówca nie spodziewa się bezpośredniego ataku na Polskę, ale wskazuje inne, bardziej prawdopodobne kierunki eskalacji.
„Uważam, że jednak nie zaatakują Polski, tylko raczej Mołdawię bądź państwa nadbałtyckie”. Jego zdaniem cele Kremla pozostają niezmienne:
„Putin nigdy nie ukrywa, że jego celem jest powrót do czasów Związku Sowieckiego”.
Nowa strategia USA oznacza więc dla Europy konieczność fundamentalnego wyboru. Albo państwa europejskie, w tym Polska, zbudują realną zdolność do obrony i strategicznej podmiotowości, albo pogodzą się z tym, że Stany Zjednoczone będą coraz mniej skłonne ponosić koszty bezpieczeństwa kontynentu, skupiając się na własnej strefie wpływów. W tym kontekście w rozmowie pojawia się również projekt Trójmorza, który zdaniem naszego rozmówcy w Waszyngtonie nie jest postrzegany jako potencjalnie istotny element regionalnej architektury bezpieczeństwa.
Cała rozmowa prowadzi do jednego wniosku: era strategicznych złudzeń dobiega końca. „Doktryna Monroe’a 2.0” nie jest wymierzona w Europę, jest wyrazem twardego realizmu. To, czy Europa i Polska odnajdą się w tej nowej rzeczywistości, zależy już nie od deklaracji, lecz od konkretnych decyzji politycznych, finansowych i militarnych podejmowanych dziś. Zapraszamy do wysłuchania rozmowy.







